Menu Zamknij

Coffee Ride z Tomaszem Marczyńskim 2026 – kiedy nie wszystko idzie zgodnie z planem

Ten sezon rowerowy zaczęłam z wysokiego C. Wszystko zaczęło się od tygodniowego campa na Majorce, na której z Tomkiem i Darkiem szlifowałam formę na sezon. Piękne trasy obfitujące w kilometry i przewyższenia, malownicze widoki jak z pocztówek i doborowe towarzystwo - jednym słowem wyjazd życia. Nie zdążyłam dobrze wrócić, a już byłam z rodziną na Minorce, na której też zrobiłam sobie akcent rowerowy w postaci ponad 100 km i 2000 m przewyższeń z wjazdem na El Toro. Następnie zaliczyłam też traskę na południu Polski w okolicach Szczyrku i Wisły w ramach wyjazdu integracyjnego z pracy. Poza tym na dobre rozkręcił się sezon ustawek rowerowych i właściwie tradycją stało się już wykręcenie trasy 100 km w każdy weekend. Myślałam, że będzie to mój najlepszy sezon, ale już od dłuższego czasu przekonuję się, że karma to straszna zdzira i ma inne plany wobec mnie. I niestety jak to ona postanowiła wetknąć mi kij w szprychy, co by Monci za dobrze się w tym życiu nie wiodło. Ale po kolei.

S2026E002-Asset-01
S2026E002-Asset-02
S2026E002-Asset-03

W zeszłą sobotę, 13 czerwca (data widocznie nieprzypadkowa) odbywała się już 6 edycja Soudal Coffee Ride z Tomaszem Marczyńskim w Czosnowie. Jako że mega miło wspominałam poprzednią edycję tego wydarzenia, to uznałam, że nie może zabraknąć Bajkowej Ekipy na nim i w tym roku. Pogoda wprawdzie nie rozpieszczała i nasz udział do końca stał pod znakiem zapytania. Jednak gdy w dniu ustawki na niebie były ciężkie chmury, ale nic z nich nie padało, postanowiliśmy zaryzykować i pojechać. O godz. 9:15 ruszyliśmy spod fontanny w Błoniu, po drodze zgarnęliśmy część ekipy w Lesznie i w składzie Artur, Artur, Marcin, Alejandro, Karolina i ja skierowaliśmy się zgodnie z nawigacją do siedziby firmy Soudal w Czosnowie, będącej sponsorem wydarzenia.

Tradycyjnie po dotarciu na miejsce zastaliśmy małe miasteczko kolarskie, a w nim miejsce do zapisu w rajdzie, namiot z kawką i ciachem, namiot do relaksu oraz ściankę, na której można było cykać sobie zdjęcia z organizatorem imprezy, byłym kolarzem zawodowym, Tomkiem Marczyńskim. Po zapisaniu się na przejazd i odebraniu pakietów startowych zasiedliśmy pod namiotem w oczekiwaniu na start. Ten odwlekał się trochę, bo niestety chmury postanowiły jednak zrzucić trochę deszczu, co by nam po drodze za łatwo nie było. 

S2026E002-Asset-04
S2026E002-Asset-05
S2026E002-Asset-06

W końcu, gdy pozornie trochę się przetarło, ruszyliśmy na trasę w czterech grupach. Wciąż zastanawiam się, jak to się stało, że wylądowaliśmy w pierwszej i najszybszej grupie tego dnia. Na szczęście tempo, jakie narzucili panowie z pierwszej pary było do uciągnięcia. Szybko jednak zorientowaliśmy się, że dużo to oni w peletonie nie jeżdżą. Jazda była szarpana, dohamowywania przed wirażami i skrzyżowaniami były opóźniane, co przy mokrej nawierzchni, dużej prędkości i jeździe na kole było zabójcze. Nie raz i nie dwa byłam świadkiem, jak chłopaki przede mną wpadali w poślizg, ale o dziwo udawało im się wyjść z opresji. Do tego zdarzył się wjazd na skrzyżowanie z podporządkowanej na pełnej piz… bo panowie nie nadążali czytać znaków przy tak zawrotnej prędkości…

S2026E002-Asset-07
S2026E002-Asset-08
S2026E002-Asset-09

Powinnam wtedy instynktownie wyczuć, że coś się tutaj święci. Niestety dobre samopoczucie i całkiem przyzwoita moc w nodze zagłuszały skutecznie głos rozsądku. Po drodze zaczęło się też wypogadzać, zrobił się klimacik do rozmów z chłopakami z grupy i tak w atmosferze prawie piknikowej (jeśli elektrolity w bidonie i żel o smaku malinowym można uznać za piknikowe frykasy) mijały nam kolejne kilometry pętli. Moncia weszła już zdecydowanie w stan luźnej gumki i straciła czujność, co niestety okazało się gwoździem do trumny, albo raczej obojczyka! I tak, w połowie trasy w okolicach Secymina z nieznanych mi dotąd powodów “przytarłam” koło Łakotka jadącego przede mną, co niestety skończyło się dla mnie glebą OTB z dość dużym impetem. Ból, na bazie którego myślałam, że urwało mi ramię jasno wskazywał, że obojczyk nie przetrwał bliskiego spotkania z asfaltem. Wiedziałam już, że pewnie większość tego lata przepauzuję. A wspomniana wcześniej karma, która od paru lat się na mnie uwzięła znów okazała się tępą suką. 

I tutaj wszedł Tomek Marczyński, może nie cały na biało, ale zawsze. Czekając ze mną na przyjazd karetki skutecznie odciągał moje myśli od bólu i doła opowiadając o swoich wypadkach i zdobytych szlifach na dwóch kółkach. A że ich trochę miał, to akurat starczyło tych historii do przyjazdu karetki, która w moim przekonaniu w tamtej chwili jechała chyba ze Szczecina. W końcu panowie ratownicy zapakowali mnie do dyliżansu i odwieźli do szpitala. Finalnie skończyłam z pospawanym obojczykiem blachą i sześcioma śrubami, z ręką w temblaku na 4-6 tygodni. 

S2026E002-Asset-10
S2026E002-Asset-11
S2026E002-Asset-12

Po tym doświadczeniu wiem, że są dwie pewne rzeczy na tym świecie i to wcale nie śmierć i podatki. Dwie rzeczy, o których jestem święcie przekonana to:

  • karma is a f*cking bitch i w tej kwestii zdania już nigdy nie zmienię 
  • mam wokół siebie fantastycznych ludzi i tych owa karma nigdy mi nie zabierze choćby się zesrała

I to właśnie dla tych ludzi po raz kolejny dźwignę się i wrócę tam gdzie moje miejsce - na fotel albo raczej siodło “szefowej” Bajkowych Ustawek. Bo dla nich warto wszystko, dla mojej niepowtarzalnej, jedynej w swoim rodzaju i niezastąpionej Bajkowej Ekipy! Wiem, że stoją za mną murem i już odmawiają koronki do Stravy, czy inne różańce do Matki Boskiej Karbonowskiej za mój szybki powrót. A ja zrobię wszystko, co w mej mocy by ich nie zawieść i jeszcze w tym sezonie odpalić kolejne ustawki. A kto wie, może pokuszę się też o jeszcze jeden Camp. Tak czy siak na bank będzie w tym sezonie jeszcze się działo, także stay tuned! 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *