W związku z tym, że szefowa już się poskładała do kupy, a wakacje weszły w fazę “Rusz dupę, bo za moment będziesz jęczał, że za oknem buro i ponuro!”, to postanowiliśmy z moją Bajkową Ekipą poeksplorować jakieś dalsze kierunki bo ileż można jeździć wokół komina.
I tak w miniony weekend ruszyliśmy na podbój Gór Świętokrzyskich. Już od samego początku los dawał znaki, że lekko nie będzie. Zbiórka na miejscu startu zarządzona przez większość ekipy o godzinie 9:00 oznaczała pobudkę około godziny 5:30. Bosze szumiący, przecież to jest pora, o której rozsądny człowiek przewraca się na drugi bok, a nie podejmuje strategiczne życiowe decyzje, które spodenki z lajkry naciągnąć na dupę. Po usłyszeniu budzika kusiła myśl, by zostać w łóżku i ogłosić światu nagły przypadek nieżytu kolarskiego. Niestety Moncia będąca Moncią przewidziała własne sabotażowe zapędy. W ramach działań prewencyjnych zaproponowała wcześniej podwózkę dwóm kolegom! Nie było zmiłuj i trzeba było ponieść konsekwencje swojej głupoty.
Po montażu rowerów, upchaniu gratów metodą “na tetrisa” i 2 godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce zbiórki czyli parking przy kościele we wsi Wzdół-Parcele. Co prawda wiedziałam z deklaracji udziału, kto się wybiera, ale mimo wszystko byłam miło zaskoczona, że zebrało się nas aż 12 osób i nikt nie poszedł w tą wymówkę z nieżytem. No proszę, proszę, czyli fontanna błońska jest pase, a Bajkowa Ekipa weszła w etap ekspansji terytorialnej.



Góry Świętokrzyskie - 16 sierpnia 2026
Po szybkiej słitfoci z bidonu ruszyliśmy na trasę. Ta przewidywała ponad 120 km i ponad 1600 m przewyższeń. Ponieważ od lat wyznaję tą samą zasadę “Dobra, jakoś to będzie, nie ma się co mazać!, wskoczyłam do pociągu, który tego dnia miał zaplanowanych kilka przystanków po drodze przed zakończeniem jazdy na stacji końcowej o nazwie “Cierpienie”. Początek minął wszystkim całkiem przyjemnie. Były śmieszki, żarciki i pogaduchy, a kolejne przewyższenia wpadały na licznik niemal niezauważalnie, zupełnie jak wydatki podczas wyprzedaży. I tak po przejechaniu nieco ponad 30 km dotarliśmy do pierwszego postoju na zaporze Wióry. Była to chwila dla fotoreporterów i influencerów na złapanie odpowiedniego kadru, a dla całej reszty na uzupełnienie węglowodanów w żołądkach.
Na kolejnych kilometrach zaczęłam dostrzegać znaki. W sensie znaki drogowe dostrzegałam cały czas, chodziło bardziej o znaki natury różnej. Po pierwsze ku mojemu zaskoczeniu zorientowałam się, że obciągnęłam już właściwie do zera mój pierwszy bidon, na którym zwykle pokonuję dwa razy dłuższy dystans. Po drugie czułam, że nogi po zwolnieniu lekarskim i urlopie najwyraźniej uznały, że powrót do pracy powinien odbyć się zgodnie z zasadami korporacji. Może jakiś okres wdrożeniowy, spotkanie statusowe, a nie jeb, od razu na najgrubszy projekt! Po trzecie dopiero teraz uświadomiłam sobie, że w Kieleckiem jak to w Kieleckiem pizga złem, a kolarzowi wiadomo, tylko w twarz. Gdybyśmy zawrócili, wiatr pewnie zrobiłby to samo. A po czwarte, najważniejsze odkryłam, że okres próbny tego lata w piekle się zakończył i ewidentnie zapomniałam zrezygnować z subskrypcji bo tego dnia pakiet premium wjechał na pełnej! Kyrie Elejson, jak tak dalej pójdzie to po dojeździe do mety będzie można od razu odprawić mszę w naszej intencji świeżo po skremowaniu.



Góry Świętokrzyskie - 16 sierpnia 2026
Szczęście w nieszczęściu dotarliśmy do Waśniowa, w którym zrobiliśmy przerwę pod sklepem by uzupełnić bidony, kalorie i nadzieje na przetrwanie. Ja mogłabym już tam zostać na dobre, rozważałam nawet asymilację z lokalną społecznością w postaci panów poruszających się chwiejnym krokiem z butelką w ręku. Niestety co poniektórzy zaczęli przebąkiwać, że noga stygnie i czas ruszać. Stygnie k*rwa! A co niby może ostygnąć przy temperaturze przypominającej wnętrze frytkownicy? Przez moment miałam jeszcze chytry plan sprawdzić, po jakim czasie zetnie się jajko na udzie delikwenta, który z tym tekstem wyskoczył. Niestety czasy władzy absolutnej dawno za nami, podobnie jak kara w postaci nabijania na pal i szefowa musiała się dostosować do większości.
Powoli, co oczywiście mija się totalnie z prawdą, ruszyliśmy w kierunku Łagowa. Ku mej radości kryzys minął i fragment trasy do Huty Szklanej jechało mi się naprawdę dobrze. Ale jak wiadomo równowaga we wszechświecie musi panować, a tym samym kryzys musiał dopaść kogoś innego. W pewnym momencie z radaru zniknęli mi Marcin i Alejandro. Niewiele myśląc, zatrzymałam moją część grupy by wszcząć misję ratunkową w postaci nicnierobienia i czekania na chłopaków na poboczu. W tym czasie czub już dawno odjechał kręcąc w tempie bynajmniej nie “romantycznym”. Na szczęście nasze dwie zguby szybko się znalazły i mogliśmy rozpocząć pogoń za resztą ekipy. Ta zakończyła się zgodnie z przewidywaniami, czyli nie zakończyła się sukcesem. Na szczęście chłopaki ulitowali się nad nami na jednej z krzyżówek i w końcu zwartym peletonem dotarliśmy do kolejnego sklepu w celu uzupełnienia zapasów.



Góry Świętokrzyskie - 16 sierpnia 2026
Wreszcie nadszedł czas na gwóźdź programu i podjazd na Łysą Górę znaną wszystkim szanującym się kolarzom pod nazwą Święty Krzyż, na której znajduje się klasztor o tej samej nazwie. Po 90 km w nogach i kilku godzinach pieczenia w termoobiegu moja motywacja do podjazdu przypominała poziom entuzjazmu człowieka stojącego w kolejce do urzędu skarbowego. Jedynym argumentem przemawiającym za wjazdem był las. Las oznaczał cień, a cień oznaczał życie. I tak z pobudek czysto biologicznych dołączyłam do grupy zdobywającej szczyt. Na górze oczywiście odbyła się obowiązkowa ceremonia słitfoci. Nagroda w postaci zjazdu w cieniu była absolutnie warta wysiłku, a na dole zarządziliśmy jeszcze szybką przerwę na kawkę, lody i inne środki podtrzymujące funkcje życiowe. Niemniej do finiszu wciąż pozostawało ponad 30 km i trzeba było zagęszczać ruchy bo przedłużanie tej nierównej walki zdecydowanie działało na naszą niekorzyść.



Góry Świętokrzyskie - 16 sierpnia 2026
Niestety zgodnie z przewidywaniami napięcie w grupie rosło wprost proporcjonalnie do spadku sił w nogach. Te po całym dniu tyrki w nieludzkich warunkach zarządziły ostatecznie strajk generalny wysuwając listę postulatów niemożliwych do spełnienia. Oczywiście nie u wszystkich, bo koledzy z czuba byli świeży, jak szczypiorek na wiosnę. Niestety przeszczep kończyn dolnych od chłopaków nie był dostępny w ramach pakietu wyjazdowego i musieliśmy radzić sobie sami. Grupa zaczęła dzielić się na grupki, te na podgrupy, a za chwilę i na niezależne państwa-miasta. Jedni zalegli w polu, inni podpierali kierownicę na poboczu, a jeszcze inni w tym ja jechali już bardziej siłą woli i przekonaniem, że teleportacja do samochodu raczej nie wchodzi w grę.
Gdy wpadłam z Alejandro na parking, z którego startowaliśmy, niektórzy byli już spakowani, przebrani i pachnący jak po prysznicu na plebanii pobliskiego kościoła. Ale jak na Bajkową Ekipę przystało nikt nie wsiadł do auta dopóki wszyscy nie dotarli na metę. Z prędkością światła grymas na twarzy spowodowany bólem nóg i godności ustąpił miejsca uśmiechowi satysfakcji. Ostatecznie zakończyliśmy ten dzień z bilansem 126 km i 1627 m przewyższeń. Ślad do trasy znajdziecie tutaj - Link.
A kto wie, może uda się nam w tym roku ogarnąć jeszcze jakiś wyjazd “za miasto”, o czym niezwłocznie was poinformuję.



