Menu Zamknij

Rowerem przez Czarnogórę – gdy nie wszystko idzie zgodnie z planem

Dziś będzie trochę bardziej o życiu. Będzie trochę o miłości, a trochę o przygodzie i o tym, że nie zawsze jest tylko kolorowo, a historie rowerowe nie zawsze muszą być spektakularne i kończyć się “happy endem”.

Kiedy już stwierdziliśmy z Kubą, że nie ma co szukać szczęścia i że już chyba wytrzymamy ze sobą przez resztę życia tworząc całkiem zgrany tandem, postanowiliśmy w 2011 roku wziąć ślub. Przede wszystkim kusiła nas podróż poślubna, a ta wiadomo, żeby miała sens to tylko z rowerami. Po przyjęciu weselnym i sesji zdjęciowej z rowerowym motywem przewodnim nadszedł czas by ruszyć w drogę na podbój czarnogórskich szlaków.

S2020E006 Asset 03
S2020E006 Asset 02

Były to czasy, kiedy jeszcze nie mieliśmy na stanie bagażnika na rowery. Upchnięcie dwóch “górali” i bagażu do Hondy City może nie graniczyło z cudem, ale było lekkim wyzwaniem. Na szczęście Kuba zaprawiony w boju po dwóch sezonach maratonów składał już nasze rowery na tylnych fotelach jak puzzle, rama w ramę, manetka w manetkę tak, by bezpiecznie dotarły do celu podróży.

Naszą przygodę ze zwiedzaniem Czarnogóry na rowerach zaczęliśmy w Petrovac’u. Celem pierwszej wycieczki było malowniczo położone Skadarskie Jezero na granicy Czarnogóry i Albanii, będące częścią parku narodowego o tej samej nazwie. Jeszcze przed przyjazdem wyedukowaliśmy się nieco z głównych atrakcji Czarnogówy i Skadarskie Jezero było jednym z najważniejszych punktów na liście. Uchodzi ono bowiem za jedną z historycznych wizytówek tego kraju. Na nim bowiem położone są liczne wyspy z wieloma zabytkami m.in. Vranjina (osada rybacka i klasztor Św. Mikołaja), Grmozur (stare więzienie dla oponentów króla Nikołaja) oraz Starcevo (odrestaurowany XIV-wieczny kościół). Dodatkowej atrakcyjności dodaje też kilka ciekawostek na temat fauny wspomnianego jeziora m.in. o występowaniu pelikanów, żółwi wodnych, a nawet hipopotama zgodnie z doniesieniami lokalnych mieszkańców. Uznaliśmy, że sprawdzimy to osobiście. Więcej na temat parku narodowego Skadarske Jezero możecie dowiedzieć się tutaj - Link.

Do przejechania mieliśmy tego dnia nieco ponad 50 km. Miała być to typowo rekreacyjna wycieczka z kilkoma przystankami po drodze i wszystko przebiegało zgodnie z planem, ale tylko do czasu. Pierwsze kilometry upłynęły nam na przyjemnej jeździe bez większych problemów. Lekkie schody pojawiły się, gdy stopniowo zaczęło wzrastać przewyższenie. Niestety forma z początku sezonu wyparowała podczas intensywnych przygotowań do ślubu i brak treningów w ostatnich miesiącach dawał o sobie teraz znać. Każde kolejne naciśnięcie na pedał wywoływało ból w udach, a opór na manetkach informował, że lżej już nie będzie. Mimo wszystko humory nas nie opuszczały, każdy kolarz wie, że po podjeździe musi przyjść zjazd i ta myśl napędzała nas do dalszej jazdy. No może nie tylko ona. Po pierwsze widoki, które mogliśmy podziwiać z góry zapierały dech w piersiach. Malownicze zbocza poprzecinane serpentynami dróg, wręcz idealne dla miłośników szosy, do których jeszcze się nie zaliczmy, ale kto wie, kto wie oraz morze, którego końca nie było sposób dojrzeć. A po drugie już za chwileczkę, już za momencik mieliśmy dotrzeć do naszego pierwszego postoju.

S2020E006 Asset 05
S2020E006 Asset 06
S2020E006 Asset 07
Petrovac, Czarnogóra — lipiec 2011

Postój zaplanowaliśmy w nie byle jakim miejscu bo samym sercu lokalnych winnic oferujących wino wyrobu domowego marki “No name”, które, jak się później mieliśmy okazję przekonać, smakiem doskonale oddawało swoją nazwę, ale wciąż było winem. 😉 Po zejściu z rowerów nogi, które jeszcze przed chwilą cierpiały katusze na podjeździe teraz jakby odzyskały pełną moc i żwawym krokiem zaprowadziły nas do “Vinariji Dusan”. Była to malutka przydomowa winnica prowadzona przez przesympatycznego Czarnogórzanina, który oprowadził nas po swoim królestwie i opowiedział o całym procesie produkcji wina (przynajmniej tak nam się wydaje bo nie zrozumieliśmy ni cholery, co mówił). My oczywiście przytakiwaliśmy jednocześnie napawając się zapachem świeżych winogron zwisających nam nad głowami. Czuć było w powietrzu, że wino tu produkowane musi mieć przyzwoitą moc. Na koniec przeszliśmy do etapu zakupu wina, a w tym wypadku, jak trzeba to każdy się dogada. Ręce poszły w ruch i za moment wyszliśmy z winnicy zaopatrzeni w niezłą baterię. Choć pokusa była spora, odłożyliśmy degustację na wieczór po dotarciu do hotelu.

S2020E006 Asset 08
S2020E006 Asset 09
S2020E006 Asset 10
Vinarija Dusan, Czarnogóra — lipiec 2011

Niestety od tego momentu szczęście przestało nam sprzyjać. Zaczęło się od drobnostki w postaci pękniętej szprychy w przednim kole u Kuby. Niby nic takiego, a jednak trochę krwi napsuło. Ostatecznie po dłuższych dywagacjach Kuba zagiął szprychę i ruszyliśmy dalej. Pecha ciąg dalszy objawił się w postaci ulewy, która sprawiła, że po minucie byliśmy przemoknięci do suchej nitki. W końcu po 3 h jazdy i 750 m przewyższeń dotarliśmy nad upragnione jezioro. Mimo ambitnych planów zwiedzania nie zabawiliśmy nad nim zbyt długo. Pogoda nie sprzyjała spacerom byliśmy już dobrze zmęczeni, przemoknięci, a do tego robiło się późno. Postanowiliśmy pokonać część drogi powrotnej pociągiem i podjechaliśmy nim do Sutomore, kolejny nadmorski kurort obok Petrovac’u i Budvy. Stamtąd jedyna droga do naszego hotelu prowadziła główną trasą Via M2.4 - krętą, jednopasmową drogą wzdłuż zbocza gór z wąskim poboczem i dużym natężeniem ruchu. Od samego początku nie podobał mi się ten pomysł, mieliśmy już bowiem okazję się przekonać, że styl jazdy czarnogórskich kierowców pozostawia wiele do życzenia. Niestety nie mieliśmy wielu alternatyw i ruszyliśmy w drogę powrotną. Po przejechaniu kilku kilometrów tuż przed wjazdem do tunelu stwierdziłam: “Pieprzę, nie jadę!”. No dobra powiedziałam to nieco dosadniej. Zsiadłam z roweru i po prostu się rozpłakałam. Byłam przemoknięta, zmarznięta, zmęczona, a teraz jeszcze wkurzona. Nogi mi się trzęsły, nie wiem, czy bardziej z zimna czy z nerwów, po tym jak mijająca mnie ciężarówka praktycznie wepchnęła mnie na zbocze góry, koło której właśnie przejeżdżaliśmy. Usiadłam na schodach przy poboczu i oświadczyłam Kubie, że ja tu zostaję. Nie było to może najbardziej praktyczne, ale w tamtym konkretnym momencie nie było mnie stać na nic więcej. Kuba nawet nie próbował mnie przekonywać do dalszej jazdy. Znając mnie wystarczająco dobrze wiedział, że nic nie wskóra ani prośbą ani groźbą. W przeciwieństwie do mnie zaczął szukać rozwiązania. Podczas, gdy on wykonywał kilka telefonów, ja patrzyłam na mijające nas samochody i dotarło do mnie, czemu co 2 metry na skałach wzdłuż drogi reklamuje się pomoc drogowa, po tutejszemu “auto slep”. Przy tym stylu jazdy o stłuczkę tutaj nie trudno. W końcu nadeszło wybawienie. Po około godzinie przyjechał po nas busem pracownik hotelu spakował nasze rowery i dowiózł bezpiecznie na miejsce. Na pocieszenie zostało nam wino, które doskonale ukoiło skołatane nerwy w pokoju hotelowym.

S2020E006 Asset 11
S2020E006 Asset 12
Trasa M2.4, Czarnogóra — lipiec 2011

By odczarować Czarnogórę zrobiliśmy sobie jeszcze kilka wycieczek rowerowych. W trakcie pobytu zmieniliśmy lokum na Kolasin, malowniczo położony kurort narciarski, który w lato ku naszemu zdziwieniu świecił pustkami. Miało się wrażenie, że Czarnogórzanie nie do końca wiedzą, że sezon turystyczny w górach nie ogranicza się do zimy. Niemniej nam panująca tam cisza i spokój bardzo odpowiadały. Kolasin był bardzo dobrym miejscem wypadowym na kolejne wyprawy. Zwiedziliśmy m.in. szlaki w parku narodowym Biogradska Gora. Kręte ścieżki wiodące brzegiem ostrych zboczy, strome sztajfy i niesamowita roślinność dziewiczych lasów parku podbija poziom adrenaliny do granic. Jako, że przyjechaliśmy do Czarnogóry przede wszystkim z zamiarem rekreacji, a forma wciąż nie dawała żadnych objawów ostatecznie odpuściliśmy wspinaczkę na szczyt. Wzamian zrobiliśmy sobie szybką rundkę wokół Biogradsko Jezero, a na koniec zmieniliśmy na chwilę środek transportu z dwóch kółek na łódkę by popatrzeć na jezioro z innej perspektywy. Jeśli kiedyś udacie się w tamte strony spróbujcie pieczonego pstrąga w lokalnej knajpce. Smak pamiętam do dziś i niestety jest on nie do powtórzenia. Więcej info na temat parku Biogradska Gora znajdziecie tutaj - Link.

S2020E006 Asset 13
S2020E006 Asset 14
S2020E006 Asset 15
Biogradzko Jezero, Czarnogóra — lipiec 2011

Z czystym sumieniem polecamy też wybrać się na przejażdżkę szlakami rowerowymi w okolicach samego Kolasinu. Mamy do wyboru trzy trasy: niebieską, czerwoną i czarną, których poziom trudności różni się dystansem i przewyższeniami. Nam udało się pokonać wszystkie trzy odwiedzając między innymi Vinicę Brdo, Cirilovac i Kljuc pokonując nieco ponad 40 km i ok. 1000 m przewyższeń. Trasy te są niezwykle urokliwe, prowadzą przez praktycznie kompletne pustkowia, wąskie szutrowe ścieżki poprowadzone wśród łąk i lasów. Tylko gdzieniegdzie napotykaliśmy na jakieś pojedyncze domostwa. Podczas kilkugodzinnej jazdy minęliśmy jeden samochód, kilkoro ludzi, dwa psy i konia. 🙂 Co ciekawe nie spotkaliśmy też nawet jednego rowerzysty. Wydawać by się mogło, że taka okolica przy pogodzie, którą tego dnia mieliśmy będzie tętnić życiem właśnie dzięki turystom rowerowym. I choć szlaki w ogóle nie są oznaczone (bądź przynajmniej wówczas nie były), to nie powinno to stanowić wielkiej bariery bo spokojnie można się w nich rozeznać na mapie. Tak czy siak cieszył nas fakt, że mogliśmy napawać się ogromną przestrzenią tylko dla nas, a jedyne, co dało się słyszeć, to chrzęst kamieni pod kołami naszych rowerów.

Mapa szlaków rowerowych w okolicach Kolasinu
Mapa szlaków rowerowych w okolicach Kolasinu

Nam udało się pokonać wszystkie trzy odwiedzając między innymi Vinicę Brdo, Cirilovac i Kljuc pokonując nieco ponad 40 km i ok. 1000 m przewyższeń. Trasy te są niezwykle urokliwe, prowadzą przez praktycznie kompletne pustkowia, wąskie szutrowe ścieżki poprowadzone wśród łąk i lasów. Tylko gdzieniegdzie napotykaliśmy na jakieś pojedyncze domostwa. Podczas kilkugodzinnej jazdy minęliśmy jeden samochód, kilkoro ludzi, dwa psy i konia. 🙂 Co ciekawe nie spotkaliśmy też nawet jednego rowerzysty. Wydawać by się mogło, że taka okolica przy pogodzie, którą tego dnia mieliśmy będzie tętnić życiem właśnie dzięki turystom rowerowym. O jednym trzeba pamiętać. Szlaki rowerowe w ogóle nie są oznaczone (bądź przynajmniej wówczas nie były). Ale wiecie co, w sumie nie stanowiło to problemu. W takich okolicznościach przyrody nie bolał nas fakt, że musieliśmy dołożyć kilka kilometrów tu czy tam. W trudniejszych momentach wyciągaliśmy papierową mapę, tak, pa-pie-ro-wą. 😉 Niestety GPSy, Stravy, Endomonda i inne Garminy nie były na porządku dziennym. Tak czy siak cieszył nas fakt, że mogliśmy napawać się ogromną przestrzenią tylko dla nas, a jedyne, co dało się słyszeć, to chrzęst kamieni pod kołami naszych rowerów.

S2020E006 Asset 17
S2020E006 Asset 16
S2020E006 Asset 21
S2020E006 Asset 18
Okolice Cirilovac, Czarnogóra — lipiec 2011

By nie być monotematycznym podczas pobytu w Czarnogórze spróbowaliśmy też innych sportów. Wybraliśmy się m.in. na rafting po rzece Tara oraz na lot paralotnią w okolicach Kotoru. W obu przypadkach był to mój debiut i myślę, że jeszcze to kiedyś powtórzę. Lot paralotnią był o tyle znamienny, że mogłam popatrzeć z góry na wraki aut na skarpach, które najprawdopodobniej wypadły z drogi, spadając kilkaset metrów w dół i w ich przypadku usługa "auto slep" już raczej nie pomoże. Ich widok przywołał od razu wspomnienia z naszej pierwszej wycieczki i dał potwierdzenie, że jej przerwanie było najlepszą decyzją, jaką mogłam wtedy podjąć. W końcu chciałam jeszcze trochę nacieszyć się stanem świeżo upieczonej żony. 🙂

S2020E006 Asset 19
S2020E006 Asset 20
Czarnogóra — lipiec 2011

Czarnogórę żegnaliśmy pełni wrażeń, emocji i przeżyć, zarówno tych bardzo pozytywnych, ale również tych niekoniecznie pożądanych podczas podróży poślubnej. Niemniej przekonaliśmy się, że choć nie zawsze da się wszystko zaplanować to we dwójkę w trudnych sytuacjach jest o niebo raźniej. Na szczęście pierwszą wpadkę rowerową skutecznie zatarły kolejne przejażdżki i wiem, że do Czarnogóry na pewno jeszcze wrócimy, do której odwiedzenia i Was gorąco zachęcam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.