Są takie momenty w życiu sportowca amatora, kiedy człowiek bardzo chciałby być rozsądny, dojrzały i pełen pokory. A potem patrzy na rower. I cały ten rozsądek idzie w pi*du. Po złamaniu obojczyka miałam sześć tygodni przerwy. Sześć tygodni to niby nie wieczność, ale jeśli ktoś regularnie jeździ, to wie, że po dwóch tygodniach bez roweru człowiek zaczyna sprawdzać, czy rower wciąż jest w garażu i się na niego nie obraził, czy spodenki z lajkry nie straciły elastyczności, a maść na ból d* wciąż trzyma datę ważności. 😉 A po sześciu tygodniach? Po sześciu tygodniach człowiek już właściwie nie wraca na rower. On wraca do siebie.
I właśnie o tym jest ten tekst. Nie o tym, jaką rehabilitację robić, ile razy machać gumą oporową i czy plaster kinesio powinien być różowy, niebieski czy w kolorze nadziei. Od tego są lekarze i fizjoterapeuci. Ten tekst jest o tym, że po kontuzji ciało często wraca szybciej niż głowa. Bo kość się zrasta, mięśnie powoli przypominają sobie, do czego służą, a głowa siedzi z boku i mówi:
„Halo, halo, a pamiętasz, jak ostatnio skończyło się to twoje genialne jeżdżenie?”
No pamiętam. I co z tego?
Kontuzja nie pyta, czy masz plany
Kontuzje mają jedną wyjątkowo irytującą cechę. Nie umawiają się z człowiekiem wcześniej pisząć na WhatsAppie
"Słuchaj Moncia, a co powiesz na to by złamać dziś obojczyk? Widzę, że wieje nudą w twoim życiu to może taki mały czelendżyk?”
Nie. Kontuzja przychodzi jak niezapowiedziani goście wtedy, kiedy masz bajzel w chałupie, nieumyte włosy i zero psychicznej gotowości na interakcje społeczne.
W moim przypadku złamany obojczyk nie był pierwszą sportową atrakcją z cyklu „życie, czy naprawdę musimy?”. Wcześniej miałam już dwie większe przygody z kolanami. Zerwane więzadła krzyżowe. W obu kolanach. Tak, w obu. I tak szacun za łaskę od losu, że nie na raz. Co nie zmienia faktu, że właściwie nie zdążyłam zakończyć rehabu w jednej nodze, a druga już poszła pod nóż. Bo jak już robić sportową dramę, to wiadomo, najlepiej w wersji premium. Przed kolarstwem grałam w piłkę nożną. Kochałam to. Bieganie za piłką, emocje, drużyna, adrenalina, ten moment, kiedy niby masz kontrolę nad sytuacją, a potem nagle twoje kolano stwierdza, że jednak ma inne plany na przyszłość. Po drugiej kontuzji musiałam z piłki zrezygnować. Pisałam o tym w swoim pierwszym tekście na tym blogu wieki temu tutaj - Link.
Wtedy wydawało mi się, że coś się kończy. Dzisiaj wiem, że rzeczywiście coś się skończyło. Ale tylko po to, żeby coś innego mogło się zacząć. Gdyby nie kolana, być może nigdy nie przesiadłabym się tak mocno na rower. Nie poznałabym tych wszystkich ludzi, tras, podjazdów, zjazdów, kryzysów, kaw po drodze i momentów, w których człowiek myśli: „Po co ja to robię?”, a pięć minut później: „Boże, jak ja to kocham”.



Ciało się leczy. Głowa robi zebranie kryzysowe
Po kontuzji wszyscy czekają na ten magiczny moment, kiedy lekarz pozwoli wrócić do aktywności. I człowiek wyobraża sobie, że wróci jak gdyby nigdy nic. Tymczasem rzeczywistość wygląda trochę inaczej. Człowiek zakłada kask, patrzy na rower, rower patrzy na człowieka, człowiek patrzy na drogę, droga wygląda podejrzanie, te chmury na niebie też, oczami wyobraźni widzi się już ulewę stulecia i kolejne jeb*ęcie OTB o asfalt.
W tym momencie głowa włącza tryb komisji śledczej, odpytując cię jak podejrzanego w sprawie: Czy jesteśmy pewni? Czy to jest legalne? Czy ktoś to zatwierdził? Czy mamy pisemną zgodę od rozsądku? I właśnie wtedy okazuje się, że ciało może być gotowe, ale głowa jeszcze siedzi w poczekalni z numerkiem w ręku. Po złamaniu obojczyka najdziwniejsze nie było to, że coś mnie bolało. W moim wieku codziennie coś mnie boli. Czasem bark, czasem kolano, a czasem życie. 😉 Najdziwniejsze było to, że ciało chciało jechać, ale głowa jeszcze sprawdzała, czy przypadkiem nie uciec wyjściem ewakuacyjnym.
I to jest normalne, bo głowa pamięta upadek, pamięta ból i przede wszystkim pamięta bezradność. Pamięta te wszystkie dni, kiedy zamiast kręcić kilometry, kręciło się głównie po mieszkaniu i zastanawiało, czy kanapa już na stałe przyjęła kształt twojego ciała. Dlatego powrót po kontuzji nie zaczyna się wtedy, kiedy zdejmuje się temblak. Zaczyna się wtedy, kiedy pierwszy raz mówisz sobie:
„Dobra, ch*j tam spróbuję, jakoś to będzie."
Nawet jeśli na początku nie jesteś do końca przekonany, czy to dobry pomysł.
Wszyscy nagle kończą ortopedię zaocznie
Jest jeszcze jeden niezwykły fenomen po kontuzji. W momencie, kiedy człowiek oznajmia, że wraca do sportu, wokół niego natychmiast pojawia się konsylium ekspertów i to jakie! Jeden zna kogoś, kto zna kogoś, kto po czymś takim nie wrócił przez rok. Drugi uważa, że to za wcześnie. Trzeci uważa, że skoro już chodzisz, to właściwie możesz jechać Tour de France. Czwarty nie jeździł na rowerze od czasów komunii, ale ma bardzo dużo przemyśleń na temat twojej regeneracji. Piąty mówi:
„Ja na twoim miejscu bym odpuścił”.
No właśnie. I to są słowa klucze. Na moim miejscu. Problem polega na tym, że na moim miejscu jestem ja. Oczywiście, większość tych pytań wynika z troski. I naprawdę ją doceniam, serio, nie ma w tym grama sarkazmu. Miło wiedzieć, że ludzie się martwią, że komuś zależy, że ktoś nie chce, żebym znowu skończyła w wersji terminator: w połowie człowiek, a w połowie kupa metalu. Ale jest cienka granica między troską a projektowaniem własnego strachu na cudze życie. To, że ktoś by odpuścił, nie znaczy, że ja muszę. To, że ktoś nie rozumie i pyta „po co Ci to?”, nie znaczy, że ja nie znam odpowiedzi. Ja ją znam, aż za dobrze. Bo dla mnie rower to nie jest tylko sport. To forma terapii i odskocznia od życiowych dram. To ludzie, moja Bajkowa społeczność. To rozmowy na trasie o dupie Maryni. To kawy, które smakują lepiej po 70 kilometrach, nawet jeśli obiektywnie są średnie i w papierowym kubku. To wiatr w twarz, który niby zawsze wku*wia, ale jak go nie ma, to też człowiekowi czegoś brakuje. To te momenty, kiedy nogi pieką, płuca negocjują warunki współpracy, a ty i tak się uśmiechasz, bo właśnie dzięki temu wiesz, że żyjesz.
Więc kiedy ktoś pyta, czy to rozsądne, mam ochotę odpowiedzieć:
„Nie wiem. Ale znam wiele rzeczy mniej rozsądnych. Na przykład czytanie Make Life Harder, czy innych pierdół na telefonie podczas robienia dwójki."
Wiecie, że ryzyko wystąpienia choroby hemoroidalnej u takich osób jest wyższe o 46%? Nie wspominając już o osłabieniu mięśni dna miednicy i ryzyku nietrzymania moczu. Tu się zatrzymam bo musiałabym zmienić nazwę bloga.


Strach nie musi zniknąć, żeby ruszyć
Często słyszę pytanie czy nie boję się, że znowu coś mi się stanie. Oczywiście, że się boję. Ja się boję wielu rzeczy. Boję się upadku, boję się kolejnej przerwy, boję się tego momentu, kiedy człowiek słyszy trzask i wie, że to raczej nie kliknął licznik. Boję się też trochę cen rowerów, które mi się marzą, ale to już osobna trauma, wymagająca prawdopodobnie grupy wsparcia. Strach po kontuzji jest normalny. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy strach siada za kierownicą i zaczyna podejmować za nas wszystkie decyzje. Bo strach nie zawsze oznacza, że mamy czegoś nie robić, czasem oznacza po prostu, że coś jest dla nas ważne.
Gdybyśmy mieli robić wyłącznie rzeczy, których się nie boimy, życie byłoby dość ubogie. Siedzielibyśmy w domu, jedli warzywka i wybierali najkrótszą kolejkę w Biedrze, choć i to bywa sportem ekstremalnym. Ja nie wróciłam na rower dlatego, że przestałam się bać. Wróciłam, bo bardziej od upadku bałam się tego, że pozwolę jednej kontuzji zabrać mi coś, co daje mi radość. Szczególnie, że już raz na to pozwoliłam. A to jest zupełnie inny rodzaj strachu. To strach, który nie zatrzymuje i który przypomina, że życie nie jest od tego, żeby przesiedzieć je w bezpiecznej pozycji, najlepiej na kanapie, z pilotem w jednej ręce i chipsami w drugiej. Chociaż oczywiście czasem jest i od tego. Nie demonizujmy kanapy, kanapa też ma swoje zasługi, szczególnie, gdy wracasz po ustawce na setkę w 30 stopniowym upale z tętnem 190, a ta woła od drzwi niczym lipa z fraszki Kochanowskiego:
"Siądź na mym siedzisku, a odpocznij sobie! Nie dojdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie."
Powrót nie ma być piękny, tylko ma być twój
Powrót po kontuzji wygląda często tak, że człowiek sprawdza trzy razy, czy dobrze zapiął kask, jedzie spięty jak plandeka na Żuku i słyszy każdy dźwięk w rowerze, nawet ten, którego nie ma. I to jest jak najbardziej okej. Powrót nie ma być epicki, nie trzeba w jego trakcie wykręcić KOMa i nie musi wyglądać, jak materiał promocyjny producenta karbonu. On po prostu ma być, czasem największym sukcesem jest po prostu wyjść z domu, przejechać 10 kilometrów wokół komina i nie zawrócić po pierwszym zakręcie.
Moją pierwszą jazdę po złamaniu zaliczyłam z falstartem, bo wsiadłam na rower o tydzień wcześniej niż pan doktor zalecał. Ale że szatan mną miotał na urlopie to przejechałam się na Teneryfie całe 20 km z moim dobrym znajomym Alberto, który, UWAGA, złamał obojczyk w tym samym czasie co ja ;). I wszystko szło całkiem gładko do momentu aż na trasie pojawił się zraszacz podlewający trawę na środku ronda, który zrosił nieco asfalt, a mi w efekcie zrosiły się ze strachu obie pachy, plecy, szyja i właściwie wszystko. Kolejna jazda z moją Bajkową Ekipą po powrocie do Polski, to ręce zaciśnięte na klamkach i problemy z trzymaniem koła osoby przede mną, które to koło w mojej wyobraźni czyhało na dobry moment by zaatakować z zaskoczenia i zrzucić mnie z roweru. Przez całą ustawkę byłam czujna jak ważka. Trzecia jazda, w trakcie której przejechałam 120 km w grupie 8 osób była moim osobistym testem, który jako tako zdałam. Nie dlatego, że po tej trasie dostałam certyfikat niezniszczalności, nie dlatego, że nagle stałam się kobietą ze stali, tytanu i izotoniku. Tylko dlatego, że znowu poczułam tą wytęsknioną, beztroską radość, kiedy jedziesz i myślisz:
„No dobra, to jest moje miejsce i najwyższy czas wrócić do gry. Szefowa Moncia is back to business!"
I jakby ten powrót nie wyglądał, to uważam, że lepiej by nastąpił szybciej niż później i nie ma co się zastanawiać, czy jest się gotowym, czy nie. Bo prawda jest taka, że człowiek rzadko na cokolwiek jest gotowy w 100 procentach. Na sport, na dzieci, na zmianę pracy, na remont łazienki, na koniec weekendu. A już na pewno nie na składanie prześcieradła z gumką. 😉 Czasem trzeba po prostu zacząć z tym, co się ma, z trochę słabszą formą, z lekkim strachem, z obojczykiem, który jeszcze przypomina o sobie jak była miłość po dwóch winach.
Nie ważne w jakim stylu zaczniesz, nikt ci tu not za styl i za brak telemarka nie będzie przyznawał. Ważne by po prostu wyjść z domu i wsiąść na rower. A dalej już samo pojedzie.



Kontuzja nie jest końcem, tylko brutalnym przecinkiem
Dziś, po dwóch zerwanych więzadłach, po pożegnaniu z piłką nożną i po złamanym obojczyku, mogłabym powiedzieć, że sport trochę mnie pokiereszował. I byłaby to prawda, ale nie cała. Bo sport też wielokrotnie mnie poskładał, może nie zawsze równo. Może czasem jak mebel z Ikei składany bez instrukcji, z jedną śrubką na końcu, która nie wiadomo skąd się wzięła, ale jednak poskładał. Nie raz i nie dwa dał mi siłę, by rano wstać z łóżka, dał nowych ludzi, na których zawsze mogę liczyć i mnóstwo momentów, których nie zamieniłabym na nic innego.
Kontuzje uczą pokory, choć robią to w sposób mało subtelny. To nie wykład na konferencji, na którym można uciąć sobie drzemkę, tylko lekcja survivalu w dżungli. Kontuzje uczą też cierpliwości. A jako osoba z ADHD jestem do niej stworzona jak pies do pilnowania kiełbasy. Po tej sytuacji osiągnęłam z tego skilla pierwszy poziom wtajemniczenia, co pewnie w moim przypadku jest moim maksem.
Ale przede wszystkim kontuzje pokazują czarno na białym, co jest dla nas w życiu naprawdę ważne. Można dać sobie spokój i odpuścić, ale kiedy sport stanowi kawałek naszej tożsamości, to człowiek zrobi wszystko by wrócić. Nawet jeśli będzie to oznaczało negocjacje pokojowe między ciałem, które jest już gotowe, a głową, która widzi dookoła tylko czerwone flagi. Pytanie, na które warto sobie wtedy odpowiedzieć to:
"Czy strach przed upadkiem jest większy niż przed utratą czegoś, co tak bardzo kochasz?"
Dla mnie odpowiedź na to pytanie była jasna od samego początku. I chyba o to w tym wszystkim chodzi.
