Menu Zamknij

Ministerialny kamp rowerowy – damy radę!

Skoro emocje już opadły, a po kampie rowerowym zostało ledwie wspomnienie oraz odrobina sera z Cabanówki (matko, jak ja kocham ten smak i piszczenie w zębach) to czas na krótką relację z wydarzeń minionego weekendu. Także łapcie szybciutko kubasek kawki albo herbatki albo czego tam wolicie, a ja tu na was poczekam ze szczegółami.

No dobra, macie wszystko? Pozycja turystyczna na kanapie, krześle, fotelu przyjęta? No to jedziemy. 😉 No właśnie jedziemy i rozmyślamy, po jaką cholerę mi to było. Już w aucie czułam, że forma którą ostatnio znalazłam, to wcale nie ta moja kochana forma sprzed urlopu, która świetnie współpracowała z moimi nogami na pedałach, tylko jakaś chińska szitowa podróba z AliExpress. A teraz ja jadę w góry na kampa, gdzie codziennie mamy robić po 80-100km i 1000-1500 m przewyższeń. Czy mnie już do reszty Wszechmogący opuścił?

Dzień 1 - czwartek

No więc właśnie takie oto myśli towarzyszyły mi podczas podróży na kampa. I chyba tylko obecność Pati w samochodzie sprawiła, że dotarłam na miejsce. Mimo kilku prób zawrócenia na ekspresówce w stronę Warszawy, ona, czujna jak ważka, wołała z fotela pilota "Monia, skręcamy, bo źle pojedziesz". Że też się nie mogła zdrzemnąć na chwilę. 😉

W końcu nawigacja wydała z siebie długo wyczekiwane "Jesteś na miejscu". O godz. 15.15. dotarłyśmy do Cabanówki w Bukowinie Tatrzańskiej, bo właśnie tu znajdowała się nasza baza wypadowa na lokalne jazdy. Plan był taki, by tego dnia zrobić lekki rozjazd. Niestety (a może i stety ;)) pogoda pokazała nam środkowy palec. A co się robi jak pogoda za oknem barowa?? Dokładnie, idzie się do baru, albo do knajpy np. do Schroniska Bukowina by zrobić bazę węgli na kolejny dzień. Przy okazji zrobiłyśmy wstępne rozpoznanie składu kampa. Niczym grupa AA, trzymając się za ręce i witając się donośnym "Czeeeeeeeść Aniu, Asiu, Kasiu...", a przy okazji ściągając na siebie wzrok wszystkich obecnych na sali, podzieliłyśmy się najważniejszymi faktami o sobie i naszym rowerowaniu. Już wtedy czułam, że to będzie naprawdę zgrana ekipa i super klimat przez te kilka dni. Natomiast nie miałam jeszcze świadomości, ile potencjału drzemie w tej grupie, wszystko miało ujrzeć światło dzienne w swoim czasie.

Dzień 2 - piątek

Następny dzień przyniósł kolejne chmury i opady, a wraz z nimi hasło przewodnie wyjazdu, czyli powtarzane średnio raz na 10 minut: "Dziewczyny, przeciro się". W końcu, jak przystało na grupę 13 zdeterminowanych dziewczyn, podjęłyśmy męską decyzję, że nie ma to tamto i trzeba wreszcie zrobić jakieś kółko w koło komina.

I tu pojawiły się u mnie pierwsze wątpliwości. No bo skoro tniemy w dół, jak dzikie, to nie może wróżyć łatwych powrotów. Kasiu moja Kochana, czemu Cabanówka musi być na tym wzniesieniu?  Dobra, fak it, będę się tym martwić potem, na razie wiatr we włosach hula, woda spod kół poprzedniczki fajnie nawilża skórę twarzy, do pełni szczęścia brakuje much w zębach. 😉 A tak poważnie to ten zjazd jest mega i mimo, że zdecydowanie nie jestem fanem dużych prędkości przelotowych to starałam się dotrzymać kroku dziewczynom. Swoją drogą niezłe z nich przecinaki. Po jakimś czasie potworzyły się małe podgrupy. Ja znalazłam wspólne tempo z Pati, Magdą i Natalią i pomykałyśmy sobie dłuższy moment razem. W końcu "nadejszła" chwila prawdy, czyli podjazd pod Łapszankę. I myślę, że tu zarzucę lekuchną kurtynę milczenia. 🙂 Nie ważne w jakim stylu i nie ważne ile mi to zajęło, ale na górze się znalazłam. W końcu to nie jazda figurowa, czy skoki narciarskie by się martwić o noty za styl. Zdjęcie ze znakiem "Łapszanka" jest? Jest! No to zaliczone. 🙂 Chłopaki z Tour De Pologne! Łączę się w bólu, widziałam, że na etapie z Tarnowa do Bukowiny Tatrzańskiej też cierpieliście na tym podjeździe. Z resztą podobnie jak wy, my również musiałyśmy tego dnia pokonać jeszcze jedną sztajfę, czyli wspomniany podjazd do Cabanówki.

Jako, że po powrocie do bazy, do ciszy nocnej było jeszcze daleko to postanowiłyśmy nieco rozgrzać inne partie mięśni i przejść się na spacer na Rusinową Polanę. Kto by przypuszczał, że właśnie ten spacer zaowocuje utworzeniem nowej formacji FIT BIT Squad w składzie: Dżastin, Kasia, Pati, Magda i ja, która notabene, wydała już pierwszy singiel na bazie spontanicznej twórczości w trakcie kampa i planuje zawojować polski, a może i światowy rynek muzyczny. 😉 Próbkę ich możliwości znajdziecie tutaj -> LINK.

S2021E020 Asset 02
S2021E020 Asset 07
S2021E020 Asset 04

Dzień 3 - sobota

Wreszcie nasze modły zostały wysłuchane. Tyle razy wołałyśmy "Przeciro się!" dnia poprzedniego, że w końcu naprawdę się przetarło i zrobił się fantastyczny warun do jazdy. Trzeba go było zatem porządnie wykorzystać. Ewa przygotowała dla nas wymagającą trasę po stronie słowackiej, ale obiecała, że widoki będą warte wysiłku. Tego dnia podzieliłyśmy się na dwie grupy. Mocniejsze dziewczyny poszły przodem, a ja w towarzystwie Pati, Sary, Dżastin i Kasi wspierane ciepłym słowem i kołem Ministry zamykałyśmy stawkę. Wraz z pierwszymi przewyższeniami na Słowacji przyszły pierwsze ochy i achy. Teraz już wiem, dlaczego Kasia tak bardzo chciała nas zabrać właśnie na Słowację podczas wspólnego treningu przed rokiem. Niestety ze względu na ograniczenia związane z Covid-19 nie było to możliwe. Teraz byłam tu i choć cierpiałam srodze na podjeździe na Spadik, to japa mi się cieszyła jak wariatce. Nie wiem do końca jak owy zaciesz wyglądał razem z grymasem bólu, zmęczenia i wku*wu na życie w tym konkretnym momencie, ale dziewczyny, niniejszym informuję, że to był właśnie on. 🙂

Po szybkim zjeździe i uzupełnieniu płynów w miejscowości Spisska Bela miałyśmy okazję złapać chwilę oddechu jadąc tzw. cyklotrasą w stronę Zdiaru. Ależ tam był widok sztos! Zdecydowanie było to mój ulubiony fragment trasy. Nie dość, że płasko, a to już wiecie, że cenię ponad wszystko, 😉 to jeszcze nie ma się przed sobą nic tylko Tatry. I co z tego, że trzeba było po tym odcinku zrobić kolejny morderczy podjazd właśnie do Zdiaru (Ala, mega dzięki za to epickie ujęcie), a potem naszą ulubioną sztajfę do Cabanówki. Jak to się mówi w korpolengłydżu, dla takich widoków można czasami wyjść ze strefy komfortu.

Nie mogę nie wspomnieć jeszcze o dwóch kwestiach. Po pierwsze o Sarze, która właściwie wciągnęła mnie i Pati na górę dając koło i kontrolując co i rusz, czy się nie urwałyśmy. Raczej marne szanse bym odpłaciła się jej kiedykolwiek kołem, chyba, że będzie akurat miała kaprys by kręcić jedną nogą, ale wymyślę inny sposób spłaty zaciągniętego długu. Po drugie o sesji zdjęciowej, którą zrobiłyśmy sobie na górze po dojechaniu do Zdiaru. I choć większość trasy przejechałyśmy w podgrupach to był to taki fajny moment, że jednak jesteśmy tu razem, wszystkie, i żadna kurde góra, czy inna sztajfa tego nie zmieni.

S2021E020 Asset 03
S2021E019 Asset 09
S2021E020 Asset 08

Podsumowanie

Niestety zawsze przychodzi taki moment kiedy trzeba się pożegnać. Ze względu na osobiste zobowiązania ja i Pati musiałyśmy ruszyć wcześniej i ominęła nas niedzielna, ostatnia już jazda podczas tego kampa. Dziewczyny natomiast pocisnęły jeszcze jedną traskę zahaczając o Osturne po słowackiej stronie. Na koniec kilka, może pompatycznie brzmiących, ale dla mnie niezwykle ważnych refleksji.

Po pierwsze na tych kampach nie da się "nie dać rady". Każdy, a właściwie każda, bo to jednak oferta skierowana do pań, da radę. Bez względu na poziom formy dziewczyny ruszają i kończą jazdę razem. Wspierają się na trasie: ratują kołem, bananem i dobrym słowem. Klaszczą, gdy przekroczysz linię mety. Jest coś co sprawia, że choć w pojedynkę już dawno byś pieprznęła rower w chaszcze, tak tu nie możesz, nie ma bata, musisz dojechać bo one tam na górze czekają, nie pójdą jeść, czy się kąpać póki nie usłyszą twojego soczystego "&*%$# mać! Udało się!".

Po drugie klimat panujący w trakcie całego pobytu jest kosmiczny, a przyjaźnie zawiązują się z prędkością TeŻeWe. No bo sami powiedzcie mi, co bardziej może zbliżyć ludzi niż wspólne wieszanie kolarskich gaci na sznurze rozciągniętym na całej długości ośrodka wczasowego? Albo zbiorcze wylizywanie talerzy po naleśnikach z jagodami? Człowiek nie jest nawet świadom, że może się tak otworzyć przed innymi po dwóch dniach znajomości. 😉

A po trzecie na takim kampie jest po prostu full profeska, organizacja i traski na wypasie dzięki Ministrze Kolarstwa, która nie pozwoli Ci odjechać bez przytulasa ;), obłędna szama i bajeczne widoki w Cabanówce no i niepowtarzalna oprawa muzyczna dzięki FIT BIT Squad. My już z dziewczynami zapisane w tym samym składzie na edycję 2022. A może i Ty się skusisz? Jak jesteś facetem to zapiszemy Cię do sekcji chórków i może jakoś przejdzie. 😉

S2021E020 Asset 09
S2021E020 Asset 10
S2021E020 Asset 06

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.