Menu Zamknij

Girona i okolice – raj na ziemi dla kolarzy

Hiszpania od lat jest jednym z podstawowych kierunków obieranych przez kolarzy na zgrupowania, miejsce szlifowania formy przed sezonem, czy po prostu na aktywny wypoczynek w siodle. Można tam znaleźć tysiące kilometrów szlaków dla szosowców i miłośników MTB zarówno w lajtowym jak i hardcorowym wydaniu. 🙂 Jako, że ceny biletów lotniczych swego czasu rozpieszczały i krzyczały wręcz „głupi by nie skorzystał” w marcu 2013 roku wylądowaliśmy w Gironie by osobiście zasmakować hiszpańskiego raju kolarskiego.

No dobra, oczywiście nie był to kompletny spontan. Wybór destynacji naszego rowerowego wyjazdu był rezultatem lektury licznych stron internetowych i analizy map lokalnych zielonych szlaków rowerowych, tzw. Vies Verdes. Na oficjalnej stronie można poczytać trochę na temat ich powstania i dowiedzieć się, że większość poprowadzona jest śladem szlaków kolejowych sięgających swoją historią początku XX wieku. Świadomość, że będziemy podróżować tymi samymi trasami, którymi ponad 100 lat temu poruszały się parowozy, stanowiące główny środek transportu dla lokalnej społeczności potrafi skutecznie pobudzić wyobraźnię. Obraz tras dopełniają informacje na temat ich profilu w tym długości i poziomu trudności oraz przepiękne zdjęcia, na których można jeszcze odnaleźć ślady historii ich powstania. Strona zawiera również cenne wskazówki dotyczące noclegów, restauracji oraz wypożyczalni rowerów w pobliżu szlaków. Adres strony znajdziecie tutaj - Link.

Mapa Vies Verdes Girona
Mapa Vies Verdes Girona

Gdy mieliśmy już zakupione bilety zaczęliśmy spinać pozostałe elementy wakacyjnej układanki. Po pierwsze zaklepaliśmy nocleg w bardzo przytulnym, kameralnym hoteliku Costabella, który jak się później okazało miał kluczowe znaczenie w realizacji naszych planów. Położony poza ścisłym centrum Girony, ale za to idealny jako punkt startowy naszych przejażdżek. Następnie zrobiliśmy mały research odnośnie wypożyczalni by ostatecznie zarezerwować dwa rowery MTB marki Cannondale w wypożyczalni BikeBreaks, którą polecimy każdemu z czystym sumieniem, a której stronę znajdziecie tutaj - Link.

W końcu po tygodniach oczekiwania pełni niepewności a zarazem ekscytacji dotarliśmy do naszego hotelu. Jeszcze tego samego dnia podeszliśmy do wypożyczalni by odebrać nasze rowery. Dave, przesympatyczny właściciel wypożyczalni, dopasował sprzęt pod nas sugerując byśmy zrobili rundkę po mieście i wrócili na korektę. Już wtedy wiedzieliśmy, że dokładnie o takie rowery nam chodziło. Był to już bowiem ten etap, kiedy pierwszy lepszy rower z wypożyczalni, często z małymi bądź większymi defektami nas nie satysfakcjonował. I chociaż cena była dość wygórowana to uznaliśmy, że jesteśmy skłonni na nią przystać by czerpać czystą radość z jazdy. Po powrocie do wypożyczalni przyszedł czas na finalną poprawkę wysokości siodła oraz regulację pedałów. Dodatkowo Dave polecił nam kilka tras, spośród tych, które rozważaliśmy i podpowiedział, jak najlepiej dostać się do Banyoles, gdzie na dniach miały się rozegrać zawody MTB w ramach Copa Catalana Internacional z udziałem naszego utytułowanego kolarza, Marka Konwy.

Trasa Girona – Cami Ral de St. Benet Al Far – Girona

W trakcie pobytu w Gironie udało nam się pokonać trzy trasy, ale tak naprawdę druga z nich dostarczyła nam najwięcej wrażeń szczególnie, że od pewnego momentu jej przebieg szyty był dość spontanicznie w trakcie jazdy. Pierwszy odcinek z Girony do El Pasteral minął nam bardzo szybko. Szerokie gładkie szutry z odrobiną ścieżek rowerowych w miastach. Schody zaczęły się, gdy zaczęliśmy się wspinać do celu naszej wycieczki, czyli do zapory wodnej na sztucznym zbiorniku wodnym Panta de Susqueda. Jechaliśmy wzdłuż rzeki Ter i choć widoki nas rozpieszczały to lekko nie było. Wraz z pokonywanymi w żółwim tempie kilometrami dynamicznie rosły też przewyższenia. Rowery, które wypożyczyliśmy przeszły chrzest bojowy spisując się bez zarzutu. Przy każdym dotknięciu manetki łańcuch zgodnie z oczekiwaniem wspinał się pod górę razem z nami pokonując kolejne stopnie kasety by ostatecznie na dłużej zagrzać miejsce na największej zębatce. W końcu po około godzinie dotarliśmy do zapory. Konkluzja była jedna, warto było powalczyć, żeby tu dotrzeć. Cały wysiłek zrekompensowały nam bowiem widoki roztaczające się dookoła. Z jednej strony równiuteńka, niczym nie zmącona tafla wody, z której wyrastały góry masywu Les Guilleries. Z drugiej kolosalna, betonowa ściana zapory, która jednocześnie imponowała jak i przytłaczała swoją konstrukcją, kryjąc za sobą przepaść, której dna nie sposób było dojrzeć.

S2020E010 Asset 10
S2020E010 Asset 08
S2020E010 Asset 09
Panta de Susqueda, Hiszpania - marzec 2013

Postanowiliśmy zrobić sobie tutaj dłuższą przerwę i złapać trochę energii w postaci banana i batonika Corny. Może nie był to jakiś wyszukany posiłek regeneracyjny, ale w zupełności wystarczył by przekonać nas, że dzień jeszcze młody i w sumie można dołożyć kilka kilometrów do całego dystansu. Ruszyliśmy drogą biegnącą wzdłuż zbiornika wodnego by po kilku kilometrach odbić w lewo na szlak Torrent del Col. Wkrótce mieliśmy się przekonać, że czasem spontan nie jest najlepszym doradcą. Po raz kolejny rozpoczęliśmy nierówną walkę o każdy metr przewyższenia. Trasa poprowadzona charakterystycznymi agrafkami wzdłuż zbocza wydawała się nie mieć końca. Na domiar złego mieliśmy już praktycznie puste bidony i powoli strach zaczął nam zaglądać do oczu. Już mieliśmy odpuścić i zarządzić odwrót, gdy w końcu, po 158 zakręcie (wtedy przynajmniej wydawało nam się, że co najmniej tyle ich pokonaliśmy) dotarliśmy do namiastki cywilizacji.

Okazało się nim małe sanktuarium, Santuari del Coll. Byliśmy ujechani po pachy, ale kto by nie był pokonując ponad 8000 przewyższeń. Wprawdzie ze znaku na górze wynikało, że znajdujemy się jedynie 850 m nad poziomem morza, ale uznaliśmy z Kubą, że to na pewno błąd w druku. 😉 Gdy zaczęliśmy krążyć po okolicy, jak dwa wygłodniałe wilki jakaś kobieta zlitowała się nad nami i zaprosiła do środka. W środku była mała knajpeczka oferująca lokalne jedzenie. Tego dnia mieliśmy do wyboru paelle i paelle, więc wybraliśmy to pierwsze. Poprosiliśmy też o wodę i na wejście przyjęliśmy chyba po pół litra. Po krótkiej chwili oczekiwania wjechała wielgachna patelnia, a na niej szczyt naszych kulinarnych marzeń. Owoce morza zatopione w pomidorowym sosie pełnym warzyw, ryżu i ziół. Z resztą czego tam nie było. No i zapach, którego na szczęście nie da się „odwąchać”. Niewiele myśląc złapałam za łyżkę i zaczęłam pochłaniać zawartość patelni. Kuba, który w takich sytuacjach zwykł mówić: „Wyhamuj bo wiosłujesz tą łyżką, jakbyś startowała w mistrzostwach świata jedynek bez sternika!” był sam tak pochłonięty jedzeniem, że nie zwracał na mnie uwagi. Nieco ponad 10 minut zajęło nam wylizanie do cna patelni. Pani, która nas obsługiwała, była ewidentnie pod wielkim wrażeniem naszego apetytu. Jej otwarta na oścież buzia i oczy jak 5 zł mówiły wszystko. I chyba dlatego na koniec podarowała nam w gratisie 2 banany na drogę.

S2020E010 Asset 04
S2020E010 Asset 06
S2020E010 Asset 03
Santuari del Coll, Hiszpania - marzec 2013

Po napełnieniu bidonów ruszyliśmy w drogę powrotną. Ta przebiegła już płynnie. I choć ostatnie kilometry dłużyły nam się niemiłosiernie to ostatecznie wróciliśmy do hotelu w wyśmienitych nastrojach. Na miejscu czekała na nas kolejna niespodzianka. W naszym hotelu najwyraźniej zatrzymała się reprezentacja Belgii na jutrzejsze zmagania w ramach Copa Catalana w Banyoles.

S2020E010 Asset 05
S2020E010 Asset 07
Girona, Hiszpania - marzec 2013

Copa Catalana Internacional w Banyoles

Nasze przypuszczenia okazały się słuszne. W dniu zawodów w hotelowej restauracji podczas śniadania mieliśmy okazję poznać cały sztab reprezentacji Belgii. Zawodnicy wraz z trenerem i resztą ekipy siedzieli przy jednym stoliku, wszyscy w charakterystycznych sportowych strojach. Kuba zwykle stroni od takich sytuacji, ale ja, jak to ja stwierdziłam, że nie przepuszczę takiej okazji by poznać osobiście rywali Marka Konwy. Niewiele myśląc podeszłam do ich stolika i zaczęłam uprzejmy “smalltalk” na temat zawodów. Wspomniałam, że też się wybieramy bo chcemy dopingować reprezentanta Polski i przy okazji porobić trochę zdjęć. Ku mojemu zaskoczeniu trener Belgów zaproponował uczciwy “deal”. Jeśli zrobię kilka ujęć chłopakom w trakcie zawodów to zapewnią nam podwózkę. Za godzinę siedzieliśmy już wszyscy zapakowani do ich auta i ruszyliśmy do Banyoles.

Nigdy wcześniej nie byłam na prawdziwych zawodach MTB i nie do końca wiedziałam czego się spodziewać. Po krótkim rekonesansie miasteczka kolarskiego jak i rundy na jakiej miały odbywać się zawody jarałam się, jak dziecko w sklepie z zabawkami. Zawody się jeszcze nie zaczęły, a ja już narobiłam dziesiątki zdjęć. Mało tego, poziom trasy przygotowanej przez organizatorów jak i wyposażenie i sprzęt zawodników wskazywał ewidentnie, że rozkręci się tu naprawdę niezła rywalizacja i będzie na co popatrzeć.

S2020E010 Asset 16
S2020E010 Asset 17
S2020E010 Asset 18
Copa Catalana, Banyoles, Hiszpania - 10 marca 2013

I faktycznie, już od pierwszych sekund wyścigu jasne było, że nikt tu się nie będzie obcyndalał, generalnie “no mercy”. 🙂 Ekstremalny wysiłek a zarazem pełne skupienie wypisane na twarzy zawodników i tumany kurzu unoszące się nad trasą jasno wskazywały, że każdy wyciskał, ile noga podawała. Do tego okrzyki dopingu setek kibiców, którzy stali wzdłuż taśmy wyznaczającej pętlę niczym w blokach startowych, jakby sami mieli zaraz ścigać się na trasie. Niesamowite, jak atmosfera takich zawodów potrafi się udzielić. Do tej pory raczej sporadycznie śledziłam poczynania naszej kolarskiej kadry. W Banyoles w jednej chwili stałam się zagorzałym kibicem MTB. Dopingowałam naszego reprezentanta całym sercem zdzierając przy tym gardło i robiąc kilometry wokół trasy w poszukiwaniu najlepszej miejscówki do udokumentowania przejazdu Marka na zdjęciach. I choć nie popieram takich akcji to chyba trochę rozumiem szaleńców wbiegających na trasy rozgrywanych wyścigów. Pokusa jest faktycznie ogromna tym bardziej, że nasz idol jest na wyciągnięcie ręki. Widziałam, że atmosfera zawodów udzieliła się również Kubie. Ostatecznie, mimo naszych usilnych starań, oczywiście bez żadnych desperackich zachowań, Marek ukończył rywalizację na 18 miejscu i jak później stwierdził w wywiadach dla prasy, nie był to jego dzień. Zgodnie z obietnicą zrobiłam też kilka kadrów chłopakom z Belgii, którym poszło całkiem nieźle, Scott Seykens przytulił nawet puchar za trzecie miejsce w kategorii juniorów.

S2020E010 Asset 20
S2020E010 Asset 19
S2020E010 Asset 21
Copa Catalana, Banyoles, Hiszpania - 10 marca 2013

Trasa Girona — St. Feliu de Guixols — Girona

Poza trasą do zapory Panta de Susqueda zrobiliśmy jeszcze dwie inne. Pierwszą z nich była trasa na Costa Brava, a konkretnie do St. Feliu de Guixols licząca 39 km. Była to bardzo płaska, przyjemna szutrowa ścieżka, idealna na pierwsze zapoznanie z Vies Verdes, na której można było odnaleźć wspomnienie jeżdżących tędy niegdyś parowozów m.in. most kolejowy. Po drodze do wybrzeża mija się wiele urokliwych wiosek i miasteczek, w których małe, lokalne knajpki wyglądające, jakby czas się w nich zatrzymał oferują rozmaite pozycje w swoim menu zapewniając całkiem przyjemne doznania kulinarne. Jako, że zbumelowaliśmy dużo czasu po drodze, a czekał nas jeszcze powrót nie nacieszyliśmy się zbyt długim pobytem na wybrzeżu. Mimo krótkiego spotkania z morzem i totalnego zmęczenia po pokonaniu blisko 80 km byliśmy mile nastrojeni przed kolejnymi przejażdżkami.

S2020E010 Asset 23
S2020E010 Asset 22
S2020E010 Asset 24
Trasa Girona - Costa Brava, Hiszpania - marzec 2013

Trasa Olot — Girona

Ostatnią trasą jaką zrobiliśmy w trakcie naszego pobytu był szlak z Olot, do którego dostaliśmy się miejskim autobusem, do Girony. Pierwsza część trasy wiodła przez dzikie zakątki Parku Narodowego Strefy wulkanicznej “La Garrotxa” oraz malowniczo położone lokalne wioski z hektarami pól i łąk. Z biegiem szlaku pojawiało się coraz więcej zabudowań i gdy dotarliśmy już do strefy bardziej zurbanizowanej postanowiliśmy zrobić postój na wczesny obiad. Duch szlaków kolejowych po raz kolejny o sobie przypomniał. Tym razem trafiliśmy bowiem do restauracji urządzonej w budynku byłego dworca kolejowego. Reszta szlaku to już powtórka z wycieczki do zapory. Ostatecznie zameldowaliśmy się w Gironie z nieco ponad 50 km na liczniku.

S2020E010 Asset 14
S2020E010 Asset 13
S2020E010 Asset 12
Trasa Olot - Girona, Hiszpania - marzec 2013

Podsumowanie

Choć od czasu naszego pobytu w Gironie minęło kilka lat mam wrażenie, że obrazki z tego wyjazdu zapisane w mojej głowie są wciąż bardzo żywe i ostre. Fantastycznie przygotowane trasy rowerowe z precyzyjnymi i czytelnymi oznaczeniami poprowadzone najbardziej urokliwymi zakątkami Girony i okolic, a do tego efektownie zaadaptowana infrastruktura pozostała po wcześniej wiodących tędy szlakach kolejowych sprawiają, że nie sposób zapomnieć spędzonych tutaj chwil. To, co cieszy najbardziej to fakt, że projekt jest sukcesywnie rozwijany, powstaje coraz więcej ścieżek, a w planach są już kolejne m.in. trasa która ostatecznie połączy Pireneje z wybrzeżem Costa Brava. I wiecie co, myślę, że to kwestia czasu bym wróciła do tego skrawka kolarskiego raju na ziemi.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

dwadzieścia − dwanaście =