Menu Zamknij

5 rzeczy, za które pokochasz rower szosowy

Matko, nawet nie wiecie jak się cieszę, że w świecie rowerowym nie obowiązuje monogamia. I ok, choć czasami mój kochany eMTeBik spogląda na mnie z wyrzutem w garażu, gdy na przejażdżkę znów wybieram szosę to wiem, że wszystko mi wybaczy w okresie jesienno-zimowym, gdy powrócimy do kręcenia naszych standardowych pętli po Puszczy Kampinoskiej.

Nie da się jednak ukryć, że odkąd stałam się szczęśliwą posiadaczką "szosy" to totalnie oszalałam na jej punkcie i szczerze mówiąc bardzo mi z tym dobrze. Do dziś zastanawiam się, jak to się stało, że przez 30 lat wykręcałam kilometry tylko na rowerach górskich, ale jak to mówią lepiej późno niż później. 🙂

Co sprawia, że człowiek totalnie traci głowę, gdy wsiada na rower szosowy? Ano jest kilka dość istotnych powodów, nie jeden, nie dwa, ale wiele więcej, zarówno tych uniwersalnych, jak i tych nieco bardziej subiektywnych.

1. "Matko, jaki on piękny"

Rower szosowy zawsze wygląda! Bez względu na malowanie ramy, owijki, osprzęt. Ten rower ma w sobie coś takiego, że praktycznie zawsze prezentuje się świetnie. Wychudzony niczym modelka na wybiegu, z tą różnicą, że na niego chce się patrzeć. Cieniutkie oponki, proste linie ramy, baranek na kierownicy, nosz kurde chodzący... wróć... jeżdżący ideał. Właściwie za każdym razem wyciągając go z garażu wzdycham myśląc jak on bajecznie wygląda. Może jestem walnięta, ale niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nie jest zakochany w swojej szosie. 😉

S2021E013 Asset 06
S2021E013 Asset 04
S2021E013 Asset 08

2. "Przecie to samo jeździ"

Pamiętam jak dziś moją pierwszą reakcję po kilku przejechanych kilometrach: "Ale że jak to? Przecież to nie e-bike. Jak to jest zrobione, że to samo jeździ?" 😉 No dobra, może trochę przesadzam, ale faktycznie po tylu latach na MTB przeżyłam istny szok i na początku nie dowierzałam, że rower może sunąć z taką prędkością przy tak małym nakładzie pracy mięśni. Jeszcze dobrze nie zaczniesz kręcić, a na licznik wskakuje 30km i tak z Gdańska do Krakowa jak na włączonym tempomacie. 😉 Sprawa ma się zgoła inaczej, jeśli wraz z nami chce podróżować wiatr, który z nieznanych mi dotąd przyczyn zawsze przyjmuję formę "wmordęwindu" i wystawia nas na naprawdę ciężką próbę. Zapewne chodzi oczywiście o wytrenowanie kolarskiej łydki, co by jej w zimę w kozaczku nie zmieścić, ale w końcu co nas nie zabije to nas wzmocni.

3. "Na mniej niż 100 km nie wyciągam nawet roweru"

Słyszałam, że takie właśnie motto przyświeca kolarzom szosowym w weekend jeszcze zanim stałam się właścicielką szosy. Ale prawdziwy jego sens zrozumiałam dopiero po rozpoczęciu swojej przygody z rowerem szosowym. Chodzi o to, że nawet jakbyś chciał zrobić mniej to rower ci na to nie pozwoli. 😉 Niby wychodzisz na godzinkę, na krótką przebieżkę, ale za chwilę masz na liczniku 50 km i bynajmniej najmniejszej ochoty by się zatrzymać. Sama mam za sobą "wiosenny hattrick" czyli po ponad 100 km w 3 kolejne niedziele kwietnia. Często czytam na branżowych forach internetowych, gdzie partnerki kolarzy pytają:

"Jak to jest, że stary przed wyjściem z chłopakami na rower mówi, że wróci za 1 h a wraca po 3?"

Teraz już ich doskonale rozumiem i wiem, że to nie ich wina, tylko tego przeklętego roweru. Jemu się po prostu nie odmawia. 🙂

4. "Trzymaj koło!"

Ktoś, kto odkrył jazdę na kole jest mistrzem świata. Jeśli opanuje się już tą sztukę, czyli jazdę za inną osobą z zachowaniem jak najmniejszej odległości między jej tylnym, a twoim przednim kołem to jest to naprawdę super sprawa. Myślę, że każdy, kto uczył się jazdy na kole był mocno zaskoczony, o ile łatwiej jest jechać za kimś i o ile mniej energii traci się na pedałowanie. Wprawdzie do perpetum mobile jeszcze trochę brakuje, ale potencjał jest. 😉 Pamiętajcie jednak, że temu z przodu może nie spodobać się fakt, że wozicie się na jego kole, jak wagonik przyczepiony do lokomotywy i pamiętajcie by od czasu do czasu się zmienić.

S2021E013 Asset 02
S2021E013 Asset 03
S2021E013 Asset 10

5. "Dziura, auto, pies, ale nigdy uwaga"

To jest hit! Komunikacja na szosie podczas jazdy w peletonie, kolejne fascynujące dla mnie odkrycie. No bo z całym szacunkiem w lesie nie informuję innych osób o zbliżającym się korzeniu czy kamieniu na trasie. Ale jak się okazuje, jazda na szosie w grupie rządzi się swoimi prawami. Wynika to głównie z punktu poprzedniego. No bo siłą rzeczy jeśli chcemy trzymać się komuś na kole to wypadałoby wiedzieć, jeśli czyha na nas jakieś niebezpieczeństwo jak chociażby dziura w drodze, próg zwalniający czy cokolwiek innego. I dlatego istnieje uniwersalna komunikacja kolarska, która momentami przypomina trochę instruktaż z wyjść ewakuacyjnych w samolocie przed startem. Np. sygnalizowanie manewru skrętu poprzez wyciągnięcie ręki czy wskazanie dziury w drodze palcem wskazującym. Oczywiście są takie drogi, że człowiek mógłby właściwie cały czas jechać bez trzymanki a i tak by wszystkich dziur nie pokazał, ale można ostrzec osoby jadące za nami przed taką nawierzchnią również werbalnie. Szkolenia z trzymania koła i komunikacji na szosie dla dziewczyn, które z czystym sumieniem polecam prowadzi Ministra Kolarstwa. Mi ostatnio weszła ona tak mocno, że po powrocie autem ze szkolenia zamiast wrzucać kierunkowskaz wyciągałam rękę, także skuteczność przekazu naprawdę powala. 😉

6+. "I jak wyglądam?"

I teraz taki bonusowy punkcik ode mnie, a dokładniej to, co tygryski lubią najbardziej. Czyli klasyczny klasyk. Jedna rzecz nie wyróżnia szczególnie kolarstwa szosowego. Podobnie jak każda dziedzina sportu jest to studnia bez dna. No ale umówmy się, kto nie kocha robić rowerowych zakupów. Zaraz za rowerem idą przecież koszyki na bidony i bidony, lampki, do tego jakiś serwis w ciągu roku, ale przede wszystkim.... ŁASZKI. A kiedy, jak nie przy zakupie roweru najlepiej zmienić co nieco garderobę. Ja zaczęłam wprawdzie delikatnie bo od kolarskiej czapeczki, której zawsze zazdrościłam kolarzom szosowym, ale nie powiedziałam ostatniego słowa. W necie znajdziecie od metra producentów, którzy oferują ubrania typowo kolarskie w tym spodenki ze specjalną wkładką, koszulki, bluzy, rękawiczki, skarpetki itd. Moim tegorocznym odkryciem był sklep Stylówa.pro w Warszawie. O Panie! Jak tam wejdziesz, to jak do supermarketu. Przychodzisz po konkretną rzecz, ale te inne tak do ciebie krzyczą z wieszaków, że za moment wychodzisz z pełną torbą ciuchów i gotową wymówką dla partnera/partnerki, po co ci to wszystko. A tak poważnie jest tam mega duży wybór rzeczy różnych producentów i sztab ludzi gotowy doradzić. W końcu skoro wasz rower wygląda (a to już ustaliliśmy w punkcie pierwszym) to wypadałoby byście też trzymali poziom, a już szczególnie gdy wybierzecie się do podwarszawskiej kolarskiej enklawy czyli na Gassy i do Góra Kawiarnia na najlepsze "ciastki" na Mazowszu. 🙂

S2021E013 Asset 07
S2021E013 Asset 05
S2021E013 Asset 09

Ja pokochałam moją szosę właśnie za wszystkie te rzeczy i wydaje mi się, że trochę z wzajemnością bo chodzi jak złoto i odpukać póki co mnie nie zawodzi. Mało tego, co wejdę do garażu to krzyczy do mnie "No weź, chodź na rower." No to ją biorę i idę. 😉 A wy za co kochacie swoje rowery? Czy jest coś co pominęłam na liście? Koniecznie dajcie znać w komentarzu.

1 Komentarz

  1. Kruczyk

    Po tylu latach dowiedziałem się, dlaczego mój rower z prawdziwego zdarzenia szosowy nazywał się Eros z bydgoskiej fabryki rowerów. To był 1967 rok, sprzedałem króliki, które hodowałem cały rok i kupiłem sobie ten rower. Teraz wiem, że Eros, bóg miłości, czyli miłości do jazdy na szosie. Lepszym rowerem był wtedy huragan, ale dla mnie nieosiągalny. Bardzo miło się czyta twojego bloga. Piękny język jak i treść.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.