Chwilę to trwało, ale w końcu pokusiłam się o odnotowanie kilku ważniejszych faktów z moich rowerowych dokonań w minionym roku. A że pogoda jakoś ostatnio nie rozpieszcza oferując siarczysty mróz rodem z Kamczatki, śnieg po kolana i ślizgawicę, która na bank rozpala serca łyżwiarzy i miłośników curlingu, niestety kolarzy już nieco mniej, to tym bardziej podrzucam wam ten kawałek lektury — ku pokrzepieniu serc, rozgrzaniu duszy i przypomnieniu, że jednak bywało ciepło, sucho i pod górę, czyli dokładnie tak, jak lubimy najbardziej. 😉 Były kilometry, były przewyższenia, były pomysły szalone i jeszcze bardziej szalone realizacje. To jak? Gotowi na szybką przejażdżkę po rowerowych wspominkach minionego sezonu? Jakby co, to było pytanie retoryczne - jedziemy!
Odpalenie Bajkowych Campów
Jak się okazuje projekt Bajkowych Ustawek przyjął się świetnie, a Moncia jak to Moncia — jak nabierze tempa, to zatrzymać ją może tylko brak kawy, serwisu albo koniec asfaltu. Choć to ostatnie też nie zawsze. I podobnie jest z jej pomysłami, dlatego w tym roku poza standardowymi rowerowymi ustawkami postanowiłam zorganizować 2 rowerowe Campy, oba na Mazurach z bazą noclegową w Kępnie. W sumie na oba Campy pojechało 14 osób, podczas których spędziliśmy 6 dni na przejażdżkach po warmińsko-mazurskich szlakach. Łącznie przejechałam tam prawie 500 km z moją bajkową ekipą. Uczestnicy przeżyli, rowery przeżyły, Garminy lekko się spociły. A relację z pierwszego, premierowego Campa znajdziecie tutaj - LINK



Realizacja rowerowych celów
Ten rok zaczęłam z grubej rury, bowiem na przełomie 2024 i zeszłego roku miałam przyjemność korzystać z uroków klimatu Wysp Kanaryjskich, który w odróżnieniu od polskiej narodowej pory szarości, chlapy i egzystencjalnego “meh”, oferuje przyjemnie 20 kilka stopni i w dodatku piękne trasy rowerowe. A że zgodnie z jednoletnim już porzekadłem “Moncia chce to Moncia ma”, to postanowiłam odhaczyć jeden z punktów na mojej “bucket list” i wtarabanić się rowerem pod kolejkę linową Teleferico, czyli najwyższy możliwy do zdobycia punkt na rowerze na wulkanie Teide. 50 km trasy z Puerto de la Cruz o nachyleniu między 5 a 7%, podczas której człowiek ma wystarczająco dużo czasu by przemyśleć wszystkie swoje życiowe decyzje, włącznie z tą o wjeździe na ten pieprzony wulkan, siadło mimo wszystko całkiem nieźle, a to za sprawą widoków po drodze z obłędnym “sea cloud” na czele. Do tego na koniec czekała na mnie nagroda w postaci kolejnych 50 km zjazdu do Medano. Według mnie zdecydowanie “must visit” dla każdego szanującego się kolarza oraz dla tych, którzy lubią podejmować złe decyzje w pięknych okolicznościach przyrody. 😉 Więcej o tej i innych trasach na Teneryfie przeczytacie tutaj - LINK



Z kolei w drugiej połowie roku zachciało mi się łamać moje kolejne bariery i zapisałam się na Rajd Warnija, którego dystans wynosił niespełna 230 km i jakieś 2500 m przewyższeń. Jak już zwykłam mówić, dla kobiety, która urodziła nie jedno, ale dwójkę dzieci wielkości arbuza, każde inne wyzwanie to jak pierdniecie w mąkę. 😉 I choć stresik był, ale głównie o to, czy starczy mi nóg, jedzenia i poczucia humoru, to znów, ten plan nie mógł się nie udać, skoro na starcie stanęłam z moją Bajkową Ekipą. Wszyscy dotarliśmy na metę cali i zdrowi. I choć oczywiście byliśmy bardzo dzielni pokonując taki dystans, to głównymi bohaterami tego rajdu były batony energetyczne, żele i opakowania magnezu, który łykaliśmy jak landrynki. W końcu na szyjach zawisły pamiątkowe medale, a ja tradycyjnie poczyniłam wpis z tego wydarzenia, który znajdziecie tutaj - LINK



Owocna współpraca z marką Scott
Nie od dziś wiadomo, że jestem miłośnikiem marki Scott. Już wiele razy wspominałam, że każdy członek mojej rodziny jeździ właśnie na rowerze tej marki, a tych naliczyłam w naszym garażu i domu w sumie 9 — i nie, nie zamierzam tego leczyć. 😉 Dlatego tym bardziej jest mi niezmiernie miło, że mam okazję współpracować z marką Scott, która wspiera mnie w moich rowerowych eskapadach, oferując sprzęt i akcesoria. A ja mogę go testować i zdawać wam relacje z ich użytkowania.


Wakacyjna familiada rowerowa
W tym roku postanowiliśmy wrócić do aktywnego wypoczynku podczas wakacji z moimi córami. A jak aktywnie, to wiadomo, że na rowerze. Tym razem poddaliśmy eksploracji szlak rowerowy wzdłuż rzeki Drawy w austriackich Alpach. W sumie przez 5 dni przejechaliśmy łącznie prawie 220 km szlaku z Toblach do przedmieści Klagenfurtu. Pewnie można było więcej, ale szczęka opadająca co i i rusz pod koło na widok mijanych krajobrazów, nie pozwoliła na więcej. Warto zaznaczyć, że mimo moich początkowych obaw, do ostatniego punktu wyjazdu dojechaliśmy w komplecie, nikt nie oddał roweru do adopcji, a ja tylko trzy razy usłyszałam „daleko jeszcze?” — rekord, który nawet moja Strava postanowiła odnotować jako “Personal Best”. Relacje z tego wyjazdu znajdziecie tutaj, jak już się napisze - LINK



Kultywowanie urodzinowej tradycji
To już chyba 7 rok z rzędu kiedy spędziłam urodziny na rowerze, a z kolei 2 z rzędu, kiedy spędziłam urodziny na rowerze na Teneryfie. I powiem wam, zaczyna mi się ta tradycja podobać i mam nadzieję ją podtrzymywać. Co ciekawe zarówno w tym jak i zeszłym roku podczas mojej urodzinowej przejażdżki towarzyszyli mi Alberto, zaprzyjaźniony właściciel wypożyczalni Ridebase Tenerife w Puerto de la Cruz oraz jego stali klienci Bas i Charlotte. I oczywiście jesteśmy już umówieni na wspólne świętowanie moich urodzin również i w tym roku. Czyżby narodziła się nowa świecka tradycja? Mam ogromną nadzieję, że tak.



Podsumowanie
Rok 2025 pokazał mi jedno: jeśli masz rower, w żyłach wciąż płynie Ci dziecinne szaleństwo i otaczasz się równie zakręconymi ludźmi, którzy nie pytają „po co?”, tylko „o której start?”, to naprawdę da się zrobić rzeczy, które jeszcze chwilę wcześniej wydawały się kompletnie nierozsądne.
A plan na kolejny sezon? No cóż, pewnie jestem monotematyczna, ale tak z grubego to jeździć dalej, wyżej, czasem szybciej, czasem wolniej, w zależności od formy, której niezmiennie poszukuję — ale zawsze z bananem na twarzy, zapasem żelków w kieszeni i najlepszą ekipą do jazdy, czyli moją. Na pewno będzie się działo dużo pod szyldem “Bajkowe…”, w tym zapewne niezliczone ustawki, kolejne campy, może znowu jakieś rajdy i wyścigi. W każdym razie póki co nie planuję zwalniać tempa, no chyba że przyjdzie taki dzień, kiedy mi się to znudzi - czyli nigdy.
