Po wakacjach już dawno zostało ledwie wspomnienie, a że pogoda przyprawia o dreszcze to warto przywołać ciepłe rowerowe chwile i krótki spodzień. 😉
I tu z pomocą przychodzi nasz tegoroczny urlop rodzinny w Austrii. I choć były momenty, gdy naraz lały się krew, pot i łzy, to finalnie ten wyjazd zaliczymy do zdecydowanych faworytów, jeśli chodzi o wakacyjne polecajki familijne na rowerze.
Przygotowania do wyjazdu
Już od jakiegoś czasu myśleliśmy o wyprawie rowerowej w stylu bikepacking z naszymi latoroślami. Jednak obawialiśmy się sytuacji, kiedy dziewczyny ogłoszą strajk głodowy w trakcie pokonywania jednego z wyznaczonych odcinków w środku niczego, twierdząc, że one nigdzie dalej nie jadą, a w efekcie nie dotrzemy na czas do naszego miejsca noclegowego. Oczywiście nasze córki wielokrotnie zapewniały nas, że do takiej sytuacji nie dojdzie, ale matczyna intuicja wraz z wieloletnim doświadczeniem mówiły dosyć dobitnie, że deklaracje dziewczynek bywają równie wiążące jak prognoza pogody na majówkę – teoretycznie coś zapowiadają, ale w praktyce lepiej mieć plan B.
I wtedy mój mąż, który w przypadku planowania wakacji potrafi z kreatywnością McGyvera wymyślić urlop, którego założenia będą uwzględniać alternatywne plany aż do litery Z, zaproponował wyjazd rowerowy szlakiem wzdłuż rzeki Drawy w Austrii. W trakcie 7 dniowego urlopu zaplanowanych było 5 dni jazdy i około 220 km do przejechania. Gamechangerem była biegnąca wzdłuż szlaku linia kolejowa i w razie wystąpienia sytuacji kryzysowej w postaci odmowy kontynuacji jazdy przez nasze dzieci, zawsze była możliwość dojechania do miejsca docelowego pociągiem. Do tego zaplanowaliśmy logistykę i przejazdy tak, by nie musieć wozić całego bambetla ze sobą. Plan wydawał się doskonały, zostało już tylko wykonanie.



Dzień 1 - Toblach - Lienz - 50 km, 120 m up
Pierwszy etap naszej wycieczki prowadził od miejsca źródła rzeki Drawy, miasta Toblach we Włoszech i ciągnął się do miejscowości Lienz w Austrii, gdzie ulokowaliśmy się w hotelu Harry's Home po przyjeździe poprzedniego dnia. Do Toblach dojechaliśmy autem, a plan zakładał, że ja albo Kuba wrócimy po auto pociągiem po dotarciu do hotelu w Lienz, a drugie z nas zostanie już na miejscu z dziewczynkami.



I tak około godziny 12:00 wyruszyliśmy na trasę. Bardzo szybko doszłam do wniosku, że ktoś, kto opatentuje moskitiery na usta zostanie milionerem. Widoki dookoła sprawiły bowiem, że szczęka opadała do samej ziemi. Tego dnia szorowałam nią po asfalcie co i rusz, i musiałam mocno się pilnować, by sobie na nią przednim kołem nie najechać, a białka w postaci komarów nałykałam się tyle, że po dojeździe shake proteinowy był już zbędny. 😉 A tak poważnie, widoki, które towarzyszyły nam przez całą drogę były po prostu oszałamiające. Majestatyczne szczyty Dolomitów wpisane na listę UNESCO i Drawa, która tutaj jest jeszcze wąskim strumykiem. Do tego ciągnące się wzdłuż i wszerz łąki, na których pasą się krowy niczym z reklamy czekolady Milka i małe górskie miasteczka np. Innichen, Sillian i Abfaltersbach z urokliwymi wąskimi uliczkami, w których można przystanąć na szybką kawkę lub loda. Oczywiście co jakiś czas obowiązkowa była przerwa na małą formę przekupstwa. Atrakcją był też piknik na trasie w okolicach miejscowości Strassen, a naszymi przekąskami zaciekawiły się też wspomniane krowy. 😉
Warto dodać, że ten odcinek całego szlaku jest stosunkowo szybki, ponieważ trasa wiedzie głównie w dół. Dzięki temu mieliśmy szansę poświęcić dłuższą chwilę ku chwale prokrastynacji i nastrzelać trochę fotek po drodze. Finalnie zgodnie z planem dojechaliśmy bez większych przygód do Lienz. Pozostało zdecydować, kto wraca po samochód. Niestety pod nieobecność komisji kontroli gier i zakładów maszyna losująca wybrała Kubę, a ja zostałam z dziewczynkami.



Dzień 2 - Lienz - Berg im Drautal - 36 km, 110 m up
Jako że drugiego dnia dystans do pokonania nie był wymagający, to przed rozpoczęciem jazdy zrobiliśmy sobie atrakcję w postaci wizyty w Family Park Zettersfeld tuż koło Lienz. Szlak w koronie drzew, mini zoo oraz tor saneczkowy przypadły dziewczynkom do gustu aż za bardzo. Ich zapał do jazdy był równie wielki jak nasza wiara w słowa „zaraz ruszamy” powtarzane od godziny. 😉



W końcu jakimś cudem udało nam się wyruszyć na trasę około godziny 13:30. Tego dnia wciąż towarzyszyły nam Dolomity i podobnie jak dnia poprzedniego matka w kółko zarządzała przystanki na zdjęcia. Niestety polała się też pierwsza krew, gdy moja młodsza latorośl zaliczyła wywrotkę na zmianie nawierzchni szlaku z asfaltowej na szutrową po wjeździe do Karyntii. Wprawdzie nie obyło się też bez kilku łez, ale po oblaniu startego kolana wodą z bidonu i przekonaniu Olgi, że wszyscy pro-si tak robią po kraksach i kontynuują jazdę, mogliśmy wznowić wycieczkę. Od tego momentu trasa wiodła już miksem odcinków asfaltowych i szutrowych, ale na szczęście kolejne zmiany przebrnęliśmy już bez większych perturbacji.



Po przejechaniu kilku kilometrów w okolicach Oberdrauburg zrobiliśmy postój w przydrożnej budce samoobsługowej postawionej tu specjalnie dla rowerzystów. Można w niej zakupić różne przekąski w automatach, naładować baterie w elektrykach i po prostu odpocząć w cieniu. Jak dla nas mega miejscówka i polecamy wam tak na chwilę przystanąć w ramach atrakcji po drodze, jeśli będziecie w okolicy.
Ostatnie odcinki wiodące wzdłuż pól uprawnych i żar lejący się z nieba nieźle nas dojechały. Niemniej muszę pochwalić moje córy, które tylko 3 razy zapytały po drodze, czy „Daleko jeszcze?”, co nawet moja Strava odnotowała jako „Personal best”. Niestety i tym razem maszyna losująca wytypowała Kubę do powrotu pociągiem do Lienz i przyprowadzenia auta, podczas gdy ja oddałam się zadaniu opieki nad dziećmi z pełnym zaangażowaniem. 😉



Dzień 3 - Berg im Drautal - Spittal an der Drau - 45 km i 265 m up
Jako że kolejny zaplanowany odcinek trasy był dość wymagający, to dzień wcześniej skupiliśmy się na regeneracji robiąc głównie nic. 😉 Dziewczynkom bardzo się to podobało, szczególnie w basenie. No dobra, ale umówmy się, że w końcu urlop nie jest po to, by na nim odpoczywać. 😉 Wiedząc co nas czeka, zebraliśmy się do jazdy błyskawicznie i już o 11:00 byliśmy na szlaku. Uprzedzając wszelkie pytania odpowiedź brzmi „Tak” - godzina 11:00 to przy naszych dzieciach tryb turbo, czyli jedno przebieranie się, dwa pytania „Gdzie są moje buty?” i trzy powroty do pokoju po zapomniane rękawiczki, kask i bidon. 😉
Z każdym kolejnym dniem przejazdu mogliśmy obserwować Drawę i rozszerzające się jej koryto. Powiem wiem, że fajne to robi wrażenie, gdy pamiętasz, że jeszcze dwa dni temu był to ledwie strumyk, a teraz jedziesz przy szerokiej na kilkadziesiąt metrów rzece. Niezmiennie uroku dodawały trasie kolejne pasma Alp, ciągnące się u ich podnóża pola i łąki oraz kolejne małe mieściny, przez które przejeżdżaliśmy, jak chociażby Greifenburg z urokliwym małym kościółkiem, Fellbach, czy Sachsenburg. W tym ostatnim zatrzymaliśmy się na mały odpoczynek, w postaci Apfelstrudel serwowanego w GP Cafe Pub, który był obłędny. A stamtąd została nam już ostatnia prosta do miejsca docelowego, czyli Spittal an der Drau. Tym razem pociągiem wróciliśmy wszyscy, gdyż jeszcze jedną noc planowaliśmy spędzić w naszym hotelu w Berg im Drautal.



Dzień 4 - Spittal an der Drau - Villach - 42 km i 100 m up
Kolejny dzień zaczęliśmy od transferu autem do Spittal an der Drau, miejscowości, w której zakończyliśmy ostatnią przejażdżkę. Tego dnia też nie zabrakło miłych niespodzianek na trasie. Pierwszą okazał się mini-sklep samoobsługowy w małej wiosce St. Peter, który w swojej ofercie ma lokalne produkty w tym nabiał, wędliny, ale także napoje, lody i inne frykasy. Zawsze w takich miejscach szokuje mnie poziom zaufania właścicieli do klientów, a zaraz potem pojawia się smutek, że taki sklep nie miałby szans zaistnieć w Polsce…


Po dokonaniu mini-zakupów ruszyliśmy dalej na szlak, na którym przeważały szutry, za to poprowadzone nad samym brzegiem Drawy. Dlatego nie sposób było nie przystanąć na małą przerwę na pomoście po minięciu miejscowości Ferndorf. Podczas przejazdu znów mogliśmy napawać się widokiem Alp, przynajmniej do czasu sprzyjających warunków pogodowych. Te niestety w którymś momencie wystawiły nasze nerwy na ciężką próbę sprowadzając na nas burzę w wersji hard core - z błyskawicami i grzmotami tuż obok nas. I tu kolejna niespodzianka. Mianowicie, nie miałam świadomości, że moje córki potrafią tak szybko jeździć. 😉 Kolejne kilometry minęły nam w ciszy i zawrotnym tempie, chwilę oddechu złapaliśmy dopiero na wysokości Café Mosaik w Kellerberg robiąc ostatnią słitfocię tego dnia. Przemoczeni, ale szczęśliwi dotarliśmy ostatecznie do naszego hotelu w Villach.




Dzień 5 - Villach - Klagenfurt - 47 km i 200 m up
W końcu przyszedł czas na ostatni odcinek wieńczący nasz cały przejazd szlakiem wzdłuż Drawy. Na szczęście tego dnia pogoda znów nam sprzyjała podobnie jak nawierzchnia, bowiem wróciły pod koła długie sekcje asfaltowe.
Po wyjeździe z Villach warto przystanąć na chwilę przy tablicy informacyjnej o powodzi w tym mieście w 2018 i o systemie przeciwpowodziowym, którego budowa planowo ma zostać zakończona w grudniu 2025 roku. Informacje te o tyle zrobiły na nas wrażenie, że w trakcie jazdy w tej okolicy można było zauważyć, jak jeszcze kilka lat temu przebiegał szlak rowerowy w tym miejscu i które jego części zabrała już Drawa.



Na kolejnych kilometrach klasycznie już napawaliśmy się widokiem rzeki, ścigaliśmy się z pociągami i robiliśmy przystanki na przekąski i picie szukając choć odrobiny wytchnienia od słońca. Na wysokości Wernberg pożegnaliśmy Drawę i odbiliśmy nad jezioro Worthersee, by skrócić trasę i do reszty nie zajechać dziewczyn i by może jeszcze kiedyś chciały pojechać z nami na rowerowe wakacje. Ostatni przystanek tego dnia zrobiliśmy sobie w miejscowości Velden am Worther See, pięknie położonym miasteczku nad samym jeziorem z pełną infrastrukturą i atrakcjami wodnymi i siłą rzeczy tłumami turystów. Ale smak Colki i lodów wymaga czasami poświęceń. 😉
Ostatni odcinek trasy do stacji kolejowej Klagenfurt West to raczej najmniej przyjemne doświadczenie z całego wyjazdu. Teoretycznie prowadzi do niej inny szlak rowerowy, ale ten w dużej części przebiega po ruchliwej drodze, a turyści za kierownicą cierpliwością tutaj nie grzeszą. Na szczęście, po wysłuchaniu tysiąca klaksonów i kilkunastu siarczystych, niemieckich „Dummkopfenów” dotarliśmy do stacji cali i zdrowi. Dziewczyny były w siódmym niebie, bo wiedziały, że teraz zaczynamy drugą część urlopu nie przewidującą już żadnych rowerowych akcentów, a my byliśmy ukontentowani, że w sumie bez większych strat w ludziach udało nam się zrealizować założenia wyjazdu.




Podsumowanie
Myślę, że nie skłamię stwierdzając, że był to nasz najambitniejszy i najciekawszy pod względem przejechanej trasy urlop rowerowy. Bez mrugnięcia okiem polecam wam ten szlak. Jest on bardzo dobrze oznaczony na każdym fragmencie i trzeba się starać by się tu zgubić. Piękne górskie miasteczka, wspomniane sklepiki samoobsługowe stworzone specjalnie dla rowerzystów jak również bliskość kolei zapewniają komfortowe warunki do jazdy w tym możliwość uzupełniania węglowodanów i płynów po drodze oraz możliwość powrotu do hotelu pociągiem w razie sytuacji kryzysowej, kontuzji czy defektu. Do tego właściwie skromne przewyższenia i niewymagająca nawierzchnia pozwalają pokonać ten szlak w gronie rodzinnym z dziećmi. Mimo to i tak uważam, że nasze dziewczyny spisały się na medal, podobnie zresztą jak rowery, dzięki czemu ani jednych ani drugich nie trzeba było oddawać do adopcji. 😉
No i umówmy się, widoki na trasie to absolutny sztos. Piętrzące się na horyzoncie góry niczym z jakiegoś epickiego filmu, a obok wierny kompan podróży w postaci Drawy, która swoim szumem tworzyła naturalny soundtrack podczas naszego przejazdu. Dlatego jeśli planowanie najbliższych wakacji wciąż przed wami, a szukacie jakiejś aktywnej wersji urlopu z bombelkami to Dravaradweg w Austrii poleca się waszej uwadze! Oczywiście ślady do opisanych fragmentów szlaku znajdziecie u mnie na Stravie - LINK
